O koticzce RSS

    Toksyczny poniedziałek 01 października 2012, 12:06

    Z cyklu: Bez kategorii

    Weekend pozytywny, domowy, ciepły, rozkosznie nudny, kulinarny (bigos i „schabowe mieszki jarzynowe” – do poprawki;). W sobotę bez większych emocji mija łama wystawy z przecenami i nowościami, nie skusił mnie żaden sweterek ani torba w przyzwoitej cenie, nie chciało mi się, nudziło mnie.

    Poniedziałkowy poranek. Żądza zakupów. Kuszą sekcje mody w njusach, kolorowe obrazki z kieckami, wystawa przypadkiem zoczona z tramwaju nie opuszcza moich myśli i ta brązowa, tania (boś to Pennys czyli Primark) sukienka, pewnie tandetna. I nie wiem, czy potrafię sobie odmówić. Raczej odmówię sobie zakupów spożywczych niż tej brązowej, taniej, tandetnej szmaty, która nawet nie pasuje tak do końca do mojego stylu.

    Moja praca jest toksyczna i kosztotwórcza, jak widać.

    Powinnam dostać specjalny dodatek, doprawdy. Od razu pobiegłabym go wydać.

    Ponadto – weekend był nad wyraz twórczy i owocny: zabezpieczyłam resztkę starego blogu (na razie word, żeby zachować linki) – jeszcze czekją mnei komentarze; wszyte rękawy do – teraz już KURTKI Połowica oraz wiem, co było nie tak w mojej historii i wreszcie z nią ruszę – tak około 1/3 do wywalenia – hahaha. Od początku czułam, że coś nie tak, ale nie wiedziałąm do końca co, a raczej JAK.

    Który to już rok ona mi się kłębi... I nawet nie mogę z tego zrobić ani jednego odcienia! Hłehłehłe. Może i lepiej dla literatury. Nobla za to i tak bym nie dostała, a poczytać będzie ją można za darmo, jeśli kiedyś wreszcie skończę!

    Komentuj (0)

    Chcemy być sobą, chcemy być sobą wreszcie... 03 października 2012, 13:41

    Z cyklu: Irlandia

    ...taka piosenka była.

    Jestem sobą, ale inni chcą mnie zmienić na lepsze. A ja chwilowo jestem zadowolona z mojej jakości i nie uważam, żeby konieczne były jakieś poprawki. Ani w wyglądzie, ani w zachowaniu (grzeczna jestem na ogół, a przynajmniej ostatnio), uważam, że mi wykształcenia i doświadczenia na chwilę wystarczy (daj, Merlinie....), nie mówię, że już nigdy się nie będę szkolić! Ale na razie nie chcę.

    Mam swoje gusta i guściki, wolę polskie żarcie niż tutejsze i nie smakuje mi od ajriszowego rzeźnika, bo mi śmierdzi. Może dlatego, że nie ma antybiotyku albo ma mniej. I innych ulepszaczy. A polskie ma – i traci posmak. I dobrze. Nie zamierzam kosztować jagnięciny, bo dla mnie to JEST różnica, że świnka ubita jest dorosła, a taki cielaczek czy baranek nie jest. Nawet chciałabym zostać wegetarianką, ale mam bardzo silne zapotrzebowanie na zwierzęce białko. No tak, i smakuje mi. I skórę i futerka też doceniam, bo się przekonałam, że sztuczne nie jest tak dobre, niestety. Jestem samolubnym barbarzyńcą, który nie chce iść zrobić badań krwi na wszelki wypadek, bo nie czuję takiej potrzeby.

    Nie chce mi się iść do dentysty, bo mnie zęby nie bolą. Nie wstrzyknę sobie botoxu, bo uważam, ze dość jest na świecie plastikowych lal. Nie chcę kolejnego fakultetu, (czy mi sztarczom, po czo kolejny), szkolenia i jakichś irracjonalnych irlandzkich punktów. Mogłabym się przejść na szkolenie dla dorosłych, gdzie nie trzeba na siłę udowadniać, że opanowało się kawalek wiedzy, który KTOŚ OBCY uznał za potrzebny dla mnie, bo mam pewien niedosyt wiedzy w określonych strefach.

    Mam swoją malutką niszę i domagam sie moich nieodwołalnych praw w jej ramach, w tym prawo do nie bycia popychaną i nadeptywaną – oferuję czasowe dobrowolne udostępnienie niszy w ramach zaistniałej potrzeby na zasadach ogólnie pojętej uprzejmości ludzkiej – ale domagam się zwrotu w stanie, w jakim została udostępniona.

    Jest mi w sensie ogólnym dobrze w tej niszy, w miejscu, w którym jestem i z tymi, ludźmi, których zaakceptowałam, przyjęłam w mój krąg, w tym zwłaszcza przyjaciele, bliscy, rodzina (porządek taki - bo brzmi ładnie). Są jacy są, domagam się pewnej dozy tolerancji.

    Lubię PC, nie podziwiam apple’a (może za wygląd czasami, ale lap topy potrafią być jeszcze ładniejsze!), podoba mi się pomarańczowy i chętnie nakleiłabym sobie coś tandetnego na lap top, a zostawiła folię ochronną.

    Jest mi zimno poniżej 21 C – zawsze było – i nie uważam, żeby to było coś złego. Jak innym nadmierne ciepło przeszkadza, to się doubieram, chociaż niekoniecznie czuję, że muszę z tej racji siedzieć w temperaturach około zera absolutnego.

    Mam alergię na jakieś coś, ale w chwili obecnej nie kicham, więc czemu mam się przejmować.

    Moje kolorowe rajstopy nikomu krzywdy nie robią (poza środowiskiem), więc dlaczego nie nosić.

    Wolę na śniadanie słodką drożdżówkę i służy mi ona do popołudnia, kiedy zasadniczo powinnam jeść obiad, nie znoszę sztucznych witamin, zwłaszcza do picia, i uważam, ze żarcie zrobione w domu, zwłaszcza, że polskie, jest zdrowsze. Czekolada ma swoje wartości, masło też i zamierzam je nadal jeść, nawet jeśli mi je na siłę posolą.

    Polska szynka lepsza jest i basta, a ta ze sklepu w Leixlip zawiera ponoć 90% mięsa i dopóki mi tego ktoś nie udowodni powołując się na jakieś w miarę wiarygodne badania (oficjalne, instytucjonalne najchętniej), będę wierzyć, że lepsza jest od sklepowej irlandzkiej.

    I będę siedzieć i marznąć, jak zwykłam od tych czterech dekad, zamiast marnować czas i pieniądze na lekarzy, którzy powtórzą, że mam niskie ciśnienie i takie sobie krążenie.

    W soboty i niedziele będę starała się odsypiać, bo od czterech dekad to późny wieczór i noc są dla mnie najlepszą porą, wtedy mam najciekawsze pomysły i największą ochotę coś robić, a rano jestem flak. Ktoś wstaje rano, to niech leje jak z cebra, jak mawia staropolskie przysłowie (ten to przytoczony kawał sobie można spróbować wygooglać – pewnie z Jasiem Masztalskim będzie), ale nie trzeba mnie od razu wtedy budzić, jeśli nie zachodiz taka konieczność. Wolonatrystycznie moge wstać czasem na potrzeby wycieczki, ale nie znaczy, że musi mi to wejść w tę leniwie płynącą krew, prawda?

    Poza głównym wątkiem: Jestem osobą, która do myśli logicznie i na takież argumenty jestem podatna; wbrew pozorom daję się przekonać, czasem próbuję. Argumenty mało logiczne lub naruszające wolny wybór odrzucam. Ustąpię czasem przed siłą, ale mam zasady i staję w ich obronie – jedną z nich jest to, ze inni powinni mieć prawa nie mniejsze niż moje, niektórzy większe z różych przyczyn (w tym np. niższa sprawność). Ale jeśli ja mogę coś zrobić, to ktoś inny zasadniczo też powinien być w stanie, o ile nie jest w mniej uporzywilejowanej sytuacji.

    Już chyba nie mam ambicji zmieniać świat na lepszy, za to bardzo chciałabym zminimalizować mój negatywny wpływ nań.

    Sobie jestem, trochę pomocna, trochę staroświecka, trochę nudna, z odciskami, zezem i nie-sportową, ale nie taką znów złą pupą, z wielkimi uszami – znakiem markowym i dumą rodziny po mieczu (pewnie i tak nie każdy przodek tak myślał!); staram się nie wadzić nikomu (w praktyce oczywiście to abstrakcja).

    I dobrze mi z tym, zwłaszcza że kiedyś każdy ideał przestaje być perfekcyjny, a wiele sięga wręcz bruku. A ja już mam doświadczenie, jak to jest idealnym nie być i sobie z tym radzić. A ideały, zwłaszcza te, które się na ideały tak ciężko musiały lansować, niech się uczą. Dobrze mi z taką, jaka jestem, z tym balastem przyzwyczajeń i upodobań, bo one mnie tworzą, razem z ziębnięciem, późnym wstawaniem i upodobaniem do jałowego żarcia i domowego chleba wypiekanego samodzielnie nocą (tak na marginesie to dopiero frajda, niefajne jest tylko wstwanie rano potem, porównać by właściwie można do kaca).

    Wkurza tylko, że muszę ciągle bronić tej siebie i to w tak totalnie nieingerencyjnych punktach.



    Więc w tych rejonach, gdzie to nie koliduje z niczyim interesem, drodzy ulepszacze, odpierdziulta wy się wszyscy ode mnie,a wszyscy będziemy szczęśliwsi, radośniejsi i mniej zestresowani.



    I - tak, zgadza się, nie podoba mi się tutaj i chcę wracać, tylko ryzyko z tym związane uważam za trudne do zaakceptowania w obecnych okolicznościach przyrody i gospodarki, bo to już JEST ingerencyjne dość daleko poza moje wyalienowane z rozentuzjazmowanego tłumu jestestwo.

    Komentuj (0)

    Ring otwarty 03 października 2012, 14:09

    Z cyklu: Irlandia

    Nihil novi, np. wprowadzane beda oplaty za wode wysokosci szacowanej na podstwie tych pary, ktorzy beda mieli zamontowane wodomierze - akurat wierze, ze te bydlaczki beda oszczedzac; tna zatrudnienie wzdluz i wpoprzek, obcinaja dodatki za dzieci - pomijajac fakt, ze podobnie jak wielu czlonkow tutejszego spoleczenstwa tez nie rozumime, dlaczego mam utrzymywac CUDZE dziecko, na ktorego chamskie zachowanie nie mam wplywu - a nie tak danwo mi taka paroletnia gowniara dla zabawy kopnela reklamowke,w ktorej niczym zgnile jaja nioslam unikalne ciasteczka z targowiska. Odwrocilam sie i zapytalam smarkata, czy mam oddac i jakby sie czula, gdyby ktos jej ciasteczko kopnal. Nie skojarzylam wprawdzie, ze ciasteczka sa zapakowane i niewidoczne i ze smarkata musialaby byc Duchem Swietym, a nie byla, ale to detal. Za to reakcja mamusi, ktora zaczela sie dobrodusznie smiac natchnela mnie pragnieniem kopniecia ja w jej ciasteczka. Takie obcinanie pociagnie za soba dalsze oszczedzanie, spadek sprzedazy, a dalej - zwiekszenie bezrobocia i zaostrzenie depresji. Normalnie, jak to w socjalizmie ;P

    Kontrargument mojej niemal 20 lat mlodszej kolezanki na moja zatroskanie takimi paskudnymi njusami Wyspowymi, gdzie pedze moj marny zywot we wzglednym dostatku, przywiodly mi na mysl boksera podczas walki, ktory przypadkowo nie znalazl sie na drodze lewego sierpowego i swietuje, ze w morde nie dostal.

    Komentuj (0)

    Chce mi się wyć albo dywagacje o fizycznym środowisku pracy - malkontenctwa ciąg dalszy 08 października 2012, 18:47

    Z cyklu: malkontenctwo

    Jestem daleka od perfekcji. Mam zeza, leniwe oko i spieprzony wzrok w tym "dobrym", który to psuję dalej przydługim użytkowaniem komputera, czytaniem w złym świetle. Mam alergię i łapię łatwo infekcje (ostatnio). Mam reumatyzm, marznę łatwo, mam niskie ciśnienie i zdaje się krążenie takie sobie ztendencją zniżkową. Jeśli siedzę daleko od okna, to mam kłopoty ze wzrokiem. Przy oknie jendakowoż jest spierdniczona klimatyzacja, która czasem wieje powietrzem arktycznym, czasem tropikalnym i nie jest uwzględniana w żadnej pogodynce.
    Minęły 2,5 godziny od powrotu od lekarki. Było mi nieźle. A teraz czuję się znowu chora. Mam dość życia na pigułach przeciw alergii, kichania i płakania na tej zafjdanej wyspie, niszczenia sobie śluzówki sprayami obkurczajacymi i chcę móc robić makijaż i nie zastanawiać się, czy spłynie przed lunchem czy dopiero po.

    Znajoma (kandydatka na psiapsiółkę, jedyna w Eire) się nabija i wyrzuca mi malkontenctwo. A ja byłm naprawdę szczęśliwa, kiedy wyłączyli to gówno na pół roku. Nade mną jest teraz pieprzona dziura, bo zdjęli panele z racji, że sufit przeciekał - deszcz zawiewa do środka. Akurat nad moim byłym miejscem. Siedzę teraz dalej od klimy, ale i tu ją czuję. Mam też mniej naturalnego światła, za to kilka świetlówek nade mną. Przepisowych, parami. oprawionych w lustra. Pewnie tych energooszczędnych, wydzielających promieniowanie elektromagnetyczne, oskarżane o migreny i raka - hehe. Jak wyginęły mamuty? Na ścieżce postępu cywilizacyjnego, naturalnie.
    O, właśnie afrykańskie prądy zawróciły i teraz dla odmiany jest chłodno, chłodniej, epoka lodowcowa 3 i 1/2. Dlaczego? Że pogoda się zmieniła? Temperatura? Nah, a skąd. Bo tak i już; a właściwie to jak z moimi helikopterami - czyli nikt nie wie dlaczego. Co nas nie zabije to nas wzmocni? Hm, na razie to zaledwie rujnuje mój system immunologiczny i przyprawia mnie o zapalenie spojówek od kurzu, pleśni, bakterii...

    No bo co ja mam, kurdesz nad kurdeszami zrobić? Zmienić pracę przez klimę, której irlandzcy partacze nie potrafią naprawić? Chyba na to wychodzi. Pójdę do innego zakładu. Z inną klimą. Może gorszą. Z takimi szujami jak dawna koleżanka Rachel, niech ją lud Kazachstanu czci i wielbi, o ile ma za co, a bank niech jej da jakąś dyspensę na jej hipotekę wziętą w okresie szczytu cen i dobrobytu, bo to w 2006 było, współczucie (wartość domów spadła o połowę mniej więcej).

    Staram się filtrować język. Nie chcecie nawet znać wyrazów, które mam na myśli. W conajmniej dwóch językach.
    Jakbym nie miała innych, poważnych problemow, to jeszcze to.

    Rozwiązanie jest. Tylko jest letko karkołomne :(((
    Tymczasem chyba będę komuś płakać w rękaw z HR-u. Jerzu, jak w tym kraju ma nie być kryzysu i jakim cudem przez chwilę byli pokazywani jako wzór, to tego Merlin Wielki sam nie wie.

    Komentuj (0)

    Fiat lux! 09 października 2012, 13:56

    Z cyklu: malkontenctwo

    Przeniosłam się bliżej okna, oczy lepiej, helikoptery wylądowały, chociaż czuję, że śmigła jeszcze się kręcą w gotowości. Więc jednak światło.

    Nie mogę się skupić, klima rozprasza tyle hałasem, co i zmianami temperatury. Marnuję czas, czekając, aż bubki z Grupy Podtrzymywania Budynku zareagują i coś zrobią z północną bryzą, która za chwilę zamieni się w tropikalny monsun. Rzecz w tym, że i tak zaraz będzie ciepło, bo słońce się przesuwa za okno. Wolę się piec bez termoobiegu - grill może trochę zwęgla, ale mniej wysusza.

    Wiem, że polskiego pracodawcę można pociągnąć do odpowiedzialności za niewłaściwe fizyczne warunki pracy. Natomiast Irlandia jest na tyle zacofana, że temperatura 16 C w pomieszczeniach jest uznawana za normalna. Ciekawe, czy akty agresji wobec klimy i osób, które są odpowiedzialne za jej włączanie i wyłączanie też będą uznane za normalne. Jak posadzę sędziego na jedne dzień na moim miejscu, na pewno mnie uniewinni.
    Popołudniu jednakowoż nawet mnie potrafi być tu baaardzo ciepło, więc można oszacować na jakieś 25 do 27 C.
    Mam na sobie gruby sweter, grube rajstopy. W rękę prawą mi zimno. z lewej się pocę. Czy ten zakład jest irlandzki, szkopski czy chiński, bo to zakrawa na jakąś pieprzoną torturę.

    Klima to moje wielbłądzie piórko. Zastanawiam się, czy nie wolałabym piórka w... pupie. Wtedy z alternatyw zawodowych miałabym albo sceniczną karierę szansonistki albo pozasceniczną kury domowej. Nie wiem już sama, na ile mnie one pociągają, bo zmienne wiatry klimatyzacyjne mieszają mi myśli.

    Komentuj (0)

    Celtycki Tygrys 2012 11 października 2012, 17:46

    Z cyklu: Irlandia

    http://www.youtube.com/watch?v=Xrz0uuC_Zi4

    Ponadto wygralam z dzialem technicznym. Przyszel ynzynier i wylonczyl.
    Wlasciwie to przyszedl taki koscisty chlopak, niczym student dawnej polibudy naszej, wlazl na drabine, zdjal kilka KOLEJNYCH paneli i skrecil sile dmuchawy nad naszymi glowami do minimum. Jest niezle. Wprawdzie w kosciach mnie lamie, w uszach poglos cymbalkow, ale nie dmucha. Bedzie dobrze.
    Troche mi wlasciwie szkoda, ze w pracy tak teraz cieplo po wizycie w sklepie i ogledzinach masy pyszystch, miesistych, przytulnych swetrow, glownie zreszta meskich, bo akurat po zlapaniu dawno planowanych kilku koronek dla siebie, szukalam czegos dla Polowica.
    Jesien przyszla, slotna, zlota, nostalgiczna, szeleszczaca ochrami i jaskrami pod stopami.

    O! Rymlo mi sie z tego wszystkiego.

    Komentuj (0)

    Jak dobrze wstac skoro swit i isc ciagle isc w strone slonca 12 października 2012, 13:02

    Z cyklu: foto

    Ide w strone slonca do roboty i do domu :) I juz mamy okreslone kierunki. Wprawdzie kompasem trzeba sie teraz poslugiwac ostroznie (moze moje krecenie wynika z ruchow pola magnetycznego Matki Ziemi???? buahaha), ale zawszec.
    Efektem ubocznym, a moze raczej powodem, dla ktorego dzisiaj nieco zmienilam trase bylo wspaniale, ostre, iscie rownikowe slonce jesiennego pieknego dnia. Mam nadzieje, ze wytrzyma z takim niemal bezchmurnym niebem do jutra, bo sie wybieramy na wycieczke do Glandelough (albo jakos tak). Aparat naszykowany, moze kupie ekstra baterie. Przydalaby sie tez jeszcze jedna duza karta! :D
    A z dzisiejszego poranka i wczorajszego czerwonego, niemal krwawego zachodu fotki sa piekne, tylko je trzeba wrzucic. I moze przyciac.
    I kupic nowy aparat, ten juz zawija horyzont (moze zawsze zawijal, ale oprocz Polowica, Szwagra, paru talentow i zezowatego szczescia mam rowniez zeza i astygmatyzm, co bynajmniej mi nie przeszkadza, ale okresla moja tozsamosc).

    Niemniej. Jakiz ten swiat potrafi byc piekny.
    A potem zaczyna sie dzien.

    Komentuj (1)

    Co za dzień... :) 14 października 2012, 00:26

    Z cyklu: foto

    https://picasaweb.google.com/117068000321817805964/13thOctober2012WicklowGlendaloughAndIcecreamInBray

    A tu obiecany zachód słońca i jesienny poranek w dokach duplińskich:
    https://picasaweb.google.com/koticzka/11October2012DublinGeorgesDocks

    Komentuj (2)

    Nihil novi 19 października 2012, 16:28

    Z cyklu: Bez kategorii

    Odpowiedzi:
    Dziekuje za komplimenty odnosnie zdjec!
    Tez mi sie podobaja, ale sobie tak mysle, ze to nie tyle moja zasluga, co wzgorz Wicklow.
    Nie wydaje mi sie, zeby strona uciekala. Moze migac, bo sie gupi facebook laduje. W zasadzie nei uzywam, wiec rozwazam usuniecie tych linkow. Podobnie jak reklamy googla tylko zasmiecaja i utrudniaja. Przeciez i tak nikt z tego nie korzysta.

    O, robota mnie znalazla. Wiec krotko: dzien do tej pory pozytywny: 2 pouczki na sniadanie, jeden w czekoladzie, drugi z marmeladom. MNIAM.
    Potem jakos poszlo.
    Polowic juz prawie normalnie po rotawirusie czy norowirusie. Pewnie noro-, bo jak sie naszemu miejscu zamieszkania przygladam, to coraz wieksza beznadzieja mnie opada.
    Na chwile obecna wywieszam taka oto karteczke:

    ZARAZ WRACAM.
    Nieczynne z powodu ze zamkniete.

    Komentuj (0)

    Okruchy dnia 22 października 2012, 11:54

    Z cyklu: malkontenctwo

    Weekend niepozytywny, wymazany z wyszukiwarki (por. klopoty Google'a oraz oskarzenia o manipulacje algorytmem - jesli wola).
    W sobote wybralismy sie na zakupy z rodzina (bardzo milo z ich strony), tyle ze do Lidla i tyle ze nie do Leixlip, jak myslalam. Przegapilam, ze to jest wlasnie TO centrum handlowe z nowym Polonezem - Polonez sliczniutki, czysciutki, pieknie zaopatrzony. Przeplacilismy niestety za mase niepotrzebnych Lidlowych smieci, niewiele kupujac, bo profil sklepu nie do konca "moj".

    Wlasciwie czemu nie wlaczyc na chwile polskiej czcionki?

    Wolę mięcho na wagę, a nie pakowane i poszatkowane uprzejmie, warzywa i owoce troszkę w Lidlu inne niż kupuje tzw. przeciętna konserwatywna polska gospodyni, przewaga pół-gotowych dań, które wyklęłam z naszej kuchni. Za to rzuciłam się na głupie słodycze Haloweenowe, które zresztą były głównym pretekstem wycieczki.
    Efekt taki, że wydaliśmy masywną kwotę na niepotrzebne rzeczy (w pełnej świadomości ulegając trikom sprzedaży detalicznej łącznie z zapachem chleba przy wejściu, banał; na szczęście bułki były na liście i tak). Natomiast nie mamy właściwie atrakcyjnego mięcha na dzisiejszy obiad. Połowic jeszcze w nienajlepszej formie po 4ch dniach ścisłego postu (tosty i przegotowany seven up; powoli wprowadzaliśmy urozmaicenie), więc gotować mu się też nie chce, zwłaszcza, że nic ciekawego nie ma.
    W związku z Połowicowym rota czy norowirusem nie zaplanowaliśmy nic na weekend poza kinem.
    Do którego się nie wybraliśmy po zmianie wody w akwarium, bo Połowic o 16 PM czasu lokalnego stwierdził, że za późno. Dobrze, prosze bardzo, ja zawsze mam sporo do zrobienia. Np. pranie zaległe. Za które się zabrałam. Włączając mniej więcej w porze niedzielnego obiadu.
    A były schabowe.
    W bułce twarej, normalnej takiej.
    Na gorące życzenie Połowica, który po wirusku żołądkowym spragniony jest normalności w kwestii odżywiania.
    po której umyłam talerz w naszym zlewie.
    I po którym to umyciu woda nie chciała zejść.
    Mimo, że wszystkie obierki grzecznie powybierałam, bo raz go zapchałam i Połowic musiał naonczas trochę porozkręcać.
    Ale się zwykle przepycha, bo ruła*) jest odprowadzona na zewnątrz, wylot nad kratką ściekową, więc widać, kiedy wodę odkręcamy. Irlandia, nie?

    Zwłaszcza się przepycha, jak pralka popchnie.
    Ale tym razem się nie chciało przepchać.
    Zamiast tego zrobiła się mała fontanna. Na szczęście woda nie trysnęła w górę.

    Z obawy o pranie nie przerwałam prania, tylko inteligentnie wybierałam ścieki ze zlewu garnkiem do miski, do wiadra, do miski, do wiadra.
    Cały czas mając nadzieję, że wreszcie pójdzie.
    Poszło. Przy ostatnim płukaniu.
    Coś się porobiło, nie wiem którędy, ale woda poszła sobie gdzieś koło tego garnka, miski, wiadra i ruł*).
    Poszła sobie do szafki pod zlewem, która jest głównym składem makaronów i kasz - kuchnia irlandzka, nieustawna (chyba nieułożna, bo postawić to już tylko szklankę na tym samotnym, pojedynczym blacie) i ciasna, więc praktycznie innej szafki nie ma i nie bardzo jest gdzie być. Zalało kasze, trochę makaronów, na szczęście nie dotarło do mąk i nie zalało grzybów suszonych polskich, rodzimych przez aniu46 skrupulatnie zbieranych, bo też w szklanych słojach je trzymam, żeby ich wilgoć nie żarła.

    Ja walczę z garnkiem i wodą, Szwagier z miską lata, ręce mu się trzęsą, a Połowic usiadł na kanapie i zabrał sie za czekoladowy batonik. I to też nie pierwszy (i nie ostatni tego dnia).
    Którego, jak się potem okazało, i tak nie lubił.
    Chryste, znaczy, cierpliwości.
    Aż tu nagle łup, bęc! Bul-bul-bul! POSZŁO! Zlew się przepchał. Przy ostatnim płukaniu.
    Zawartość szafki uratowana, za to obok pralki, która w kuchni stoi i która miała ów zlew przepchać, pojawia się kałuża.
    Szczęśliwie tylko malutka była i to z tego dolnego zbiorniczka na zagubione guziki i wcięte skarpetki, który od czasu do czasu trzeba przeczyścić.
    Zatem czyścimy zbiorniczek, powoli. stopniowo odkręcamy, upuszczając wody i szybko wycierając, bo bydlę jest tak nisko, że niżej już tylko piekło, tuż ponad naszą kuchenną podłogą zresztą. I nagle stop, odkręcić się dalej nie da. Coś blokuje. Po półgodzinnych manipulacjach, biciu niewinnej pralki, ofiary przemocy domowej, by to coś w środku przeskoczyło, udało mi się jakoś przerzucić te blokujące od środka... dwie monety jednocentowe.
    Wielkości jednego grosza, jeśli ktoś nigdy tego drobiazgu dojrzeć nie zdołał.

    Opieprze były dwa: za nieharcerską i antyspołęczną postawę oraz za niewłaściwe podejście do odżywiania i diety. Nie tylko w świetle pobolewającego z letka*) ciągle żołądka, ale też ogólnych obaw Połowica o jego stan zdrowia, żołądka, cukru we krwi (zwłaszcza w znaczeniu długoterminowym) itd. Ze skruchy i nerwów Połowic dostał refluksu, jak zwykle, potem ja dostałam wyrzutów, bynajmniej nie po mordzie, poczym Połowic dostał zwyczajowej herbaty (z mlekiem, w końcu Irlandia, nie?), która jest świetnym panaceum w jego przypadku, a potem ja dostałam ataku bezsenności.
    Na koniec dnia, przed barłogiem, w ramach sprzątania po całym dniu, Połowic grzecznie również posprzątał wywar, który z namaszczeniem przygotowałam na zupę jarzynową na dzień następny w ramach braku koncepcji prostego i zdrowego obiadu na zestresowany Połowicowy żołądek i który uchroniłam przed wszystkimi nieszczęściami i wypadkami w tym przed Szwagrem, który w ramach pomocy (jak Szwagra nie lubię jako współmieszkańca, tak przyznaję, że facet się stara i serce ma na miejscu, rozsądek tak jakby dużo mniej) często sprząta mi takie przygotowane rzeczy.

    Po bracie tak ma pewnie. Tak na marginesie, chyba mi w ten sposób sprzątnął trzy ściereczki, które rzuciłam w kąt do prania, bo je też zmoczyło. Takie bawełniane i lniane, nie papierowe. Takie, które ze mną trzy przeprowadzki przeżyły, a jedna z Włoch od bratowej. Takie z dziurami, bo je na siłę na haczyku powiesił, niczym Janosika za ziobro (ziobro z małej, nie za ZiobrĘ! Nie wiem, co Janosik właściwie miałby z Ziobą mieć wspónego, ale to nie miejsce i pora na TAKIE dywagacje, może kiedy indziej, a może raczej nigdy).
    Do w pół do czwartej nad ranem głaskałam kota, który się wcisnął między nas. Nie tak długo, bo do barłogu, którego nie zmieniliśmy w wyniku wszystkich owych wydarzeń, jak planowaliśmy, zlegliśmy około 2 w nocy.

    Inaczej ja sobie niedzielne popołudnie i wieczór wyobrażałam. Niemal z tkliwością witam poniedziałek. Połowic chyba też.

    Teraz dostaję szału, bo chcę cofnąć czas, słowa, wydarzenia. Właściwie jedno tylko wydarzenie: chcę te *%$!@# okruszki po schabowych wywalić do kosza, nie spłukiwać.
    A do Lidla chyba nawet podchodzić nie będę. Profilaktycznie.

    *) zamierzone; w przyszłości będę rzadziej wyjaśniać.

    Komentuj (1)

    Jak dobrze wstac skoro swit 24 października 2012, 10:21

    Z cyklu: malkontenctwo

    Wlasnie sobie uswiadomilam, ze teraz znowu tak bedzie przez pol roku - szaro, zimno, mokrawo, a nawiekszom atrakcjom (doprawdy, musze wlaczac czasem polskom czcionkem) bedzie przymrozek nad ranem :/
    CHYBA ZE... spelnia sie ZLE prognozy o ciezkiej zimie. Zima zaskoczy jak zwykle drogowcow.
    Ten, kto w PL mysli, ze zima zaskakuje naszych nie przezyl opruszenia stolycy Zielonej Wyspy, celtyckiego tygrysa...
    A propos tytulu piosenki, za ktora sie kajal publicznie moj ulubiony autor, to podobno jakis swit nastapil jakis czas temu. Zasadniczo mozna przegapic. Wyglada na noc arktyczna raczej. Tylko zamiast krolowej sniegu sa same utyte, niedomyte i obrazone Sniezki.
    Ale poza tym pozytywnie, umylam leb, mimo tego zlapalam poranny przyspieszony bus, dojechalam o przyzwoitej porze, nie jest zimno, klima dalej wylaczona. Zyc nie umierac, ide po kawe, ktora mamy za darmo. Kaprysna jestem, bo wlasnie pracownica firmy utrzymania budynku pojechala z wozkiem, na ktorym wozi kawe i herbate - a ja wole latte, bo ta kawa za mocna dla mnie :) Jutro odswiezenie stanu konta. pojutrze wypad do teatru w krypcie kosciola (to chyba raczej jakies cos inne, nie do konca przedstwaienie....) (i o ile sie Polowic, tfutfu, znow nie rozlozy, bo zoladek dalej ma niewyrazny, ale w paitek rano ma wizyte zamowiona na badania krwi pod katem tarczycy i innych swoich dupereli, moze sie da skonsultowac i to). W sobote wypad do miasta, moze zahaczymy, jak bedziemy w humorkach, o kiermasz rzemieslniczy etsy u Bernarda Shawa. Niedziela jak na razie cicha, za to we wtorek teatr, w srode Haloween, a poniedzialek wolny.
    I ja smiem na cokolwiek narzekac?! :))))

    Streszczenie notki: ciemno dzis. Dzien wydluzy sie w sposob znaczacy okolo marca. Wystapienie opadow atmosferycznych bardzo duze; opadow sniegu znikome. Z tej racji w porzypadku opadow ww. sniego moga nastapic utrudnienia na drogach.

    Komentuj (0)

    Dziwnie 25 października 2012, 00:51

    Z cyklu: malkontenctwo

    Dzień pełen zwariowanych myśli, dziwnych wiadomości, artykułów, postanowień.
    Bardzo dziwny dzień.
    Dzień, kiedy włączono światełko w tunelu. Ciekawe, czy to nie pociąg na torach! XD
    To może pozytywnie postaram się dotrzeć do barłogu o jakiejś godzinie dającej szansę wstania w przytymności umysłu po tych kilku minutach drzemki... ;>

    PRZYblokowałam na starym blogu komentowanie, bo zalewa mnie nadal spam. BARDZO irytujące.

    Komentuj (0)

    Cudze tęsknoty 25 października 2012, 10:54

    Z cyklu: Bez kategorii

    Ja rozumiem, że miewam chandry w okolicach wyjazdów (najczęściej po). Ale SWOICH.
    Tymczasem znajoma wróciła z Polski, a ja mam chandrę (ona najwyraźniej też, ale to inna bajka i nie moja).
    Natomiast znamienny jest ten oto cycat:
    "oraz bylam w zlotych tarasach i naprawe czulam sie jak dziecko ze wsi, ktore przyjechalo na wycieczke autokarowom do stolicy."

    Znajoma owa, podobnie jak my, mieszka w Duplinie.

    (Znaczy pod, ale się zalicza jako. Zasadniczo. Kiedy mieszkałam w Wapienicy, to też mówiłam, że w Bielsku, prawda? Chociaż to chyba się ma nijak, w końcu porównujemy Irlandię z cywilizowanym światem, więc już sama nie wiem)

    Poza tym przygotowąłam sukienkę na piątkowy wieczór. Jest to sukienka, którą nabyłam na studiach, mała czarna, którą ozdobiłam idąc z duchem Haloween, czarnymi koronkami. Mam jednak skrupuły, bo wprawdzie rozmiar OK, ale wypukłości w okolicach siedzenia trochę zmieniły szyk... No nie wiem, jeszcze się poobglądam, ale z okazji że to Eire, to może jednak jeszcze raz ubiorę ;)

    Komentuj (0)

    Zlota jesien 26 października 2012, 11:18

    Z cyklu: Irlandia

    Wprawdzie pogoda w ostatnich dniach parszywa, ale pieknie bylo dlugo i sobota ma byc mila (przeciera sie wlasnie, jest zapowiedz przymrozkow, a ja w nich znajduje jakies perwersyjne upodobanie!) - ale nawet jakby mniej mila byla, to kolory wynagradzaj wszystko.
    Do Wicjlow wybralismy sie przedwczesnie, ale moze jeszcze sie uda wyciagnac Polowica - wszak to blizej niz nad morze. A krajobraz zapiera dech w piersi, nawet jesli przejazdzka bedzie tylko busem przez i pobyt tylko w Glendalough, gdzie, powiedzmy sobie szczerze, na te trzy godziny, ktore publiczny transport oferuje w ramach rozkladu jazdy autobusu, to lepiej zabrac jakas grubsza ksiazke...
    Ale nawet w miescie jest slicznie, a jazda obwodnica to sama przyjemnosc. Jest zloto, rudo, czerwono, zielono. Za domem rowniez piekny miedziany buk roni listowie i jest jak w bajce. Trzasnelam jakies dwie fotki, ale nie wiem, czy wyjda - mam nadzieje, ze tak, bo przepuscilam przez nie poranny bus przyspieszony!
    Jak dam rade, jutro poprawka, a moze trafie na sloneczny moment. Tylko Polowica trzeba bedzie ujarzmic. Jaka z niego jest zrzeda czasami, to trudno uwierzyc. I jak ja mam nie byc malkontentka? ;P

    Taka Irlandie moge lubic :)

    I wyciagnelam sztuczny kozuch Auchanowski czy Carefourowski, kto by to pamietal. I zimno mi w plecy w tym plastiku. No niestety. Natura to natura. Ale moze byc na chwile.

    ----------------------
    Pora lunchu
    Schowałam się w 90-tych, otuliłam myślami o mięsistych ciepłych swetrach i kominach, zasłoniłm wejście iężką, wzorzystą kotarą piosenki z danwgo filmu z długiej listy ulubionych, za oknem mojego schronienia wyczuwam wilgoć, ale w środku jest niezmiennie ciepło, przytulnie i bezpiecznie.
    Mętnie, w pół-śnie na jawie uświadamiam sobie, że trzeba uszczelnić cholerne dziurawe drzwi, bo palant, który je maźgrał lakierem zerwał całe uszczelnienie.
    Chyba skoczę po kolejną kawę zanim poleci mi od tego głowa.
    Analiza finansowa działa na mnie hiponotycznie, ale sumy kontrolne się zgadzają w granicach przybliżeń, przed którymi ostrzegają khem autorzy.
    Poza tym, tak naprawdę, jest mi zimno od okna, przed którą zupełnie teoretycznie powinna mnie chłodzić kurtyna ogrzanego powietrza z sufitowej klimy, a która okresowo miesza stchłe powietrze i obniża temperaturę o kolejny stopień. Nic to, po lunchu się nagrzeje i dla odmiany będzie podgrzewać, kiedy słońce już przechyli się na moją stronę budynku.

    Komentuj (0)


Szablon: koticzka (stopniowo)


HOSTING: ageno.pl