O koticzce RSS

    Dzisiaj 01 listopada 2012, 10:53

    Z cyklu: Bez kategorii

    A dzisiaj jest znane w Eire z kaca po Haloweenowych dokazywaniach.
    Nie mam kaca, nie wzielam urlopu, wiec siedze w robocie.
    Moge sobie co najwyzej zrobic wirtualny krzyzyk i postawic pod nim wirtualna swieczke.

    Prawdziwe - po pracy co najwyzej.
    Tymczasem...

    ()
    []

    Gupio tak :/

    Komentuj (0)

    Żądza 05 listopada 2012, 00:31

    Z cyklu: J.K.Rowling

    Takie cóś by mi się chciało, oj chciało! ;)

    Poza tym byłam na Stich&Knit, gdzie tanio dawali dobrą włóczkę. Więc się wylogowuję, bo czeka na mnie kilka rozoczętych sweterków i pilny dla Połowica, obiecany hohoho temu. Tak, możliwe, że to hohoho czyli poprzednie Śięta i bynajmniej nie króliczkowe.

    Komentuj (0)

    W imię zasad 06 listopada 2012, 16:41

    Z cyklu: malkontenctwo

    Poszłam po pieczywo. Bułkę kajzerkę chciałam. Albo bagietkową małą.
    Nie ma. Są teraz inne, duże, bardziej nadmuchane (więcej efektu i skórki, mniej pieczywa). W 3 czy 4 różnych kształtach. Kupiłam dziwną, ciemną, posypaną nasionami. Spieczoną, o grubej, mocno chrupiącej skórce (głównie skórka zresztą była) i udało mi się chyba nie złamać zęba. Dwójkę złamałam na kasztanie, bo się okazał mocno suszony.
    Też nie ma.
    Twardej szczoteczki w trzech sklepach (Tesco, Supervalue, drogieria) też nie ma.
    Owoce są fajne w bałkańskim sklepie z polskimi produktami Samo Dobro. Musze tam z plecakiem albo wielką torbą się wybrać, bo lepsze zaopatrzenie niż w Polonezie. I bliżej pracy, nie na drugim końcu centrum. Centrumu.Centrusia. Bo o Duplinie mowa.
    Ciasta francuskiego w płatach szukam od dwóch lat bezowocnie, nawet nie słyszeli; mniejsza o reklamy w TV, które mnie natchnęły.
    Bułki są w Lidlu. 20 minut szybkiego marszu w jedną stronę. Moja przerwa ma 60 minut, a po zmroku ja tam sama nie pójdę. OBOK Lidla jest w miarę porządny rzeźnik. Tzn. Mięso nie jest solone ani nie śmierdzi abaranem jak z rzeźnika z Lucan, wycieka z niego mniej wody niż z Polonezowego i jest świeższe oraz można kupić na wagę karczek, szynkę, łopatkę, schab w jednym kawałku. Wędlina też znośna.
    Dobra wędlina jest w Leixlip, tylko że to w drugą stronę, w niedziele nieczynne.
    W latach siedemdziesiątych był jeden kryzys, ale w domu poniewierały się banany, których nie chciałam, i rozmaite czekolady. Wierzę na słowo, słabo pamiętam akurat to; pamiętam jak pochłonęłam 40 pierogów z mięsem w babcinej kuchni jako bodaj 4-latka. Serio. Też nie wiem jak, bo dziś dziesięć to obżarstwo! ;)
    Teraz też są: banany, pomarańcze, mandarynki i jabłka. Śliwek i winogron już trzeba szukać, truskawki i różne jagody, pożeczki – to czysty luksus. Od € 2 za 10 borówek. Amerykańskich.

    Jestem rozpuszczona. Powinnam być wdzięczna, że stać mnie na chleb, na bułki, szynkę, zamiast narzekać.
    Ale ja naporawdę mam już dość życia w tym dobrobycie, gdzie wszystko jest tylko tak daleko, że zakupy trwają cały dzień, a wysiłek ani cena nijak się nie chcą przełożyć na jakość – szynka szynce nierówna, kajzerka kajzerce również nie. A że dobrobyt, to transport publiczny jest byle jaki, bo przecież wszyscy samochodami się rozbijają. Oprócz nas.

    Muszę czasem sobie przypominać, w imię czego cierpię takie zwykłe drobne zakupy (nie do końca to po polsku, ale oddaje treść). (Właściwie całkiem po polsku i gramatycznie, bo skoro można katusze, to zakupy też, zwłaszcza w Eire). Połowic też już wie, jak wygląda normalny sklep a nie atrapa niczym z "Misia".

    Chociaż ta szynka, która nazywa się MIĘSNA, bardzo dobra jest.
    Ciekawe z czego jest zrobiona szynka babuni. O kurcze, głupie pytanie z czego! Raczej... z KOGO!
    (- Babciu, a czemu ty masz takie wielkie oczy? - Bo rzeźnika widziałam...)

    Komentuj (1)

    Niestrawnosc egzystencjalna 07 listopada 2012, 16:09

    Z cyklu: malkontenctwo

    Posiadam.

    Slonce wcieno, a rosyjski balet jest albo 22 grudnia, albo to Bolszoj i jest za drogi. € 100 za miejsce, skad widac. Wole plakac, ze za drogi, naprawde.

    I w ogole.

    Reszta jest milczeniem.

    Komentuj (0)

    Prawo państwa 07 listopada 2012, 21:57

    Z cyklu: koticzka pisze

    Tak sobie czytam, analizuję, rozmyślam, TV obejrzę, popatrzę, jak się ludzie usiłują pozabijać w Grecji.
    I tak sobie myślę, kiedy mnie czarna rozpacz i zwątpienie w rodzaj ludzki ogarnia, co to w końcu jest państwo. Co to jest samorząd lokalny. Po co, dla kogo, co ma robić.
    No bo przecież państwo to my. Jest już w końcu demokracja. Jaka jest, taka jest, ale wybierany rząd ma reprezentować mnie, o ile miałam szczęście załapać się na większość, którą on reprezentuje.
    Bo jeśli jeszcze w mniejszości jestem i protestuję, to można zrozumieć, ale na przykładzie Grecji - przecież ja im płacę (Grekom może niekoniecznie, ale lokalnym, owszem, jak najbardziej). No i fajnie - ja rozumiem, że ktoś się zapożyczył na moje konto - pośrednio przez podatki - i teraz muszę spłacać (poprzez owe podatki, aczkolwiek nie tylko). Zakładam, że podatki idą w równej mierze na wszystko. tak dla uproszczenia: trochę na drogi, trochę na edukację, trochę na policję itd. Ja się zgadzam na te podatki, płacę grzecznie, oczekuję (i dupa, usługa nie dostarczona, ale niech już będzie, że nie wszystko się uda sfinansować). Ale jeśli jest ten wielki dług i pomoc z zagranicy - to tym bardziej wypadałoby spłacić. A jeśli nagle cały naród się nie zgadza, bo ktoś gdzieś przesadził - i załóżmy, że w końcu na łapówki mneij lub bardziej legalne poszła MNIEJSZOŚĆ tych kwot, i już mniejsza o resztę - ale załóżmy przez złe zarządzanie się spieprzyło wszystko, a przecież niekoniecznie to złe zarządzanie musiało być w tym konkretnym państwie (np. Irlandię pociągnęły na dno usługi finansowe w skali międzynarodowej). No i przepultane są teraz te masy, ciężarówki pieniędzy, ale dług jest. Ktoś je wyłożył. Poprzez podatki również. Np. kolega Słowak czy też Pierre, Richie, Natalia Wasiljewna, którzy pracują piętro niżej.
    (oczywiście nie, bo piętro niżej nie ma personelu pracującego. Tam się pali hasz. I uprawia seks służbowy. I inne takie.)
    Więc wypadałoby oddać, prawda? Bo jak się nie odda, to Pierre będzie musiał w jeepa inwestować, żeby do pracy przejechać drogą gminną. Szkoda Pierre'a.
    Ale Apollo czy inny Zorba się ma prawo nie zgodzić... No właśnie.
    Ma prawo czy nie?
    I jaka cena jest jeszcze akceptowalna?
    I co jeśli w państwie dłużniku ludzie założą maski V for Vendetta i zakrzykną NIE?

    Bo cały kryzys, mimo wszystko, stał się przecież w pełnym obliczu i świetle prawa, za wielopokoleniowym i prawdę mówiąc ogólnym przyzwoleniem i wszyscy byli szczęśliwi.
    A na pewno więcej osób niż obecnie.

    Zatem, reasumując. W okropnym, prymitywnym uproszczeniu to wszystko (i tak juz uproszczone) Państwo się zapożyczyło międzynarodowo. Obywatele mówią: NIE.
    I co teraz?

    Bywało już nieraz w historii, nie tak dawno nawet - Argentyna np. I dawniej bywało też. Co mi przypomina, że neonaziści się w Niemczech zbroją. Mimo że tym razem Niemcy to kraina mlekiem i miodem płynąca, a w Grecji nie mają nie tylko na lekarstwa, ale i na chleb.
    Cóż - pomyślała koticzka, sięgając po kawałek białej czekolady z całymi orzechami Alpengold importowanej z Polszczy, zakupionej w sklepie prowadzonym przez obywatela jendego z krajów bałkańskich w Republice Irlandzkiej - skoro nie ma chleba, niech jedzą ciastka. Wszak i koticzka to robi nie mając bułek.
    Ciekawe, kto to naprawdę powiedział, bo Maria Antonina nie.

    Komentuj (0)

    Się wyprodukowało 10 listopada 2012, 00:24

    Z cyklu: J.K.Rowling

    ...ale do tego trzeba znać treść kanonu książkowego. Bez tła zostaje może 10% treści.
    http://koticzka.boo.pl/
    Zasadniczo nie masię czym chwalić, małe, koślawe, jakość nie ta i język kuleje. Bosz, naprawdę można zapomnieć języka, jak się tylko w obcym nawija. Ciekawe, jak mi pójdzie tłumaczenie...

    I teraz mam dylemat - jako tag powinnam wybrać "koticzka pisze" czy "JKR"?
    Próżność mówi że w końcu to koticzka pisze, ale logika że jak JKR pisze, to przyciąga zwykle trochę więcej, więc może i tu może coś więcej przyciągnie. I najlepiej, żeby przyciągnęła też do www.slytherin.boo.pl

    Z zielonym pozdrowieniem.

    Komentuj (2)

    Rozbrojenie 12 listopada 2012, 13:51

    Z cyklu: Irlandia

    Rozbroil mnie, a moze poniekad zalamal naglowek w Bloombergu: Osaka Mayor's Insurgent Party Stumbles in Boon for LDP.
    "Nic nie kumam z tego, stary, nic nie kumam!"
    A druga rozbrajajace wiadomosc, to stado sloni, ktore zrobilo rozrobe w lokalu, bo chcialy jeszcze jednego szluga.

    A poza tym kafelki w lazience, nad wanna i bezposrednio pod prysznicem, ktore mialam poprawic polozono na papierze (papierowa tapeta????) wiec mam pol sciany golej, ktora to schnie i czeka na dalsze decyzje. Kafelkowanie strefy prysznica troche mnie zniecheca.
    Doszlam do wniosku, ze nie dopuszcze zadnego Irlandczyka do budynky, w ktorym mieszkam w celach naprawczych (dla wspollokatorow MOZE CZASEM zrobie wyjatek). Jeden facet cos tam upuscil i rozpieprzyl panele na podlodze w korytarzu, pierwszy hydraulik okradl nas z kurka i kazal wymieniac calosc, naprawiajac tymczasowo nalozeniem plastikowego kurka od czapy, drugi wymienil wszystko (bo mialam dosc), przy czym w kuchni przy manipulowaniu kurkami przeszkadza parapet (jest z 1,5 cm luzu pomiedzy kurkami a parapetem), poza tym facet wysuwal caly zlew oraz wanne, wiec wszelkie uszczelnienia i inne fugi diabli wzieli. W zwiazku z czym powinam zapewne rowniez rozbroic kafelki nad wanna z drugiej strony. Faceci od wymiany okien wyszczerbili sciany, zostawili tasmy ochronne na nowych drzwiach, zlepione silikonem oraz ow silikon na framugach. Facet, ktory naprawial dach zerwal oswietlenie Bozonarodzeniowe (chyba ze to ci od internetu wczesniej), ktore Polowic tak pieczolowice mocowal, ze spadl byl z drabiny. Facet, ktory czyscil komin wyczyscil polowe (jeden ciag, sa dwa kominki, Szwagier w zwiazku z tym nie uzywa, i dobrze, bo ma astme i mu nie ufam tak do konca). Po kaloryferach, ktore rowniez jeszcze Polowic zakladal przy pomocy specjalistow, w kuchni pozostaly dziury w scianach, bo sie faceci dupneli i zaczeli wiercic za bardzo za drzwiami. Modle sie, zeby sie okazalo, ze to moj ukochany expres do kawy sie zpieprzyl, a nie gniazdko, bo chyba popelnie sepuku, jesli bede musiala wzywac certyfikowanego irlandzkiego specjaliste, bo tej naprawy ani budynek, ani jego mieszkancy moga nie przezyc.
    Jak widac, nie mieszkam w tej ruderze z wlasnego wyboru. Tak mi dom urzadzili specjalisci-autochtoni, od ktorych uchron nas, Merlinie.
    Dziekuje ci, Irlandio.

    Taki to byl sobie weekend, oslodzony uprzatnieciem domu (trwalo nawet pare godzin, a nawet kilka, bo posprztalam i nastal wieczor) oraz wrecz nazbyt laskawym komentarzem na temat bazgrolenia. Z polowa sie zgadzam, co do drugiej polowy - wyznaczylabym normalnie detention za wazeliniarstwo i brak ufnosci we wlasne zdolnosci! To nie po slizgonsku!

    Komentuj (1)

    koticzka się ustosunkowuje 12 listopada 2012, 22:05

    Z cyklu: malkontenctwo

    Się ustosunkowuje do własnej wypowiedzi i to krytycznie.
    Adriano - dobrze, że nie rozwinęłaś w tym sensie, że to zdecydowanie za dużo pochwał - chociaż z jednej strony okrutnie mnie pogłaskały i ucieszyły, a z drugiej zmieszały straszliwie, bo uważam, że są absolutnie zawyżone!
    No i jak się zastanowić nad definicją, fakt, "wazeliniarstwo" nie pasuje ni troszku.
    Ale zdecydowanie uważam, że niedoceniasz własnych umiejętności. Mam nadzieję, że nie porzuciłaś myśli o pisaniu na poważną skalę - o ile już tego nie robisz, bo zdecydowanie powinnaś! Też lubię Twój styl, tylko nie zdążyłam rozwinąć, bo pisałam w krótkiej przerwie w pracy ;P Twój styl jest inny - charakterystyczny, wyróżnia Cię i to bardzo dobrze.
    Nic złego na myśli nie miałam, miało być żartobliwie - i było żartobliwie niczym piosenka "Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew..." w czołowym polskim filmie, którego cudzoziemcy ni huhu nie rozumieją, nawet jeśli mieszkają ileś tam lat w PL (to na temat, tylko temat poniżej).
    Bardzo niecierpliwie czekam na nowe enigmatyczne notki - a tu nic! :( Kiedy będą?

    ----------------------

    A teraz, jeśli P.T. Czytelnicy pozwolą, to ja się ustosunkuję krytycznie do innej rzeczy:
    Otóż. Kiedyś aniu46 się ustosunkował krytycznie do Joanny Pacuły, że y-kała w wypowiedzi po polsku po powrocie z kilkuletniego pobytu za granicą.
    Wcale sie nie dziwię, bo mnie polskie słowa - moje własne - w uszach czasem dziwnie brzmią, a w mózgu następuje czasem tłumaczenie kilkakrotne z polskiego na angielski i z powrotem. To nie jest żadna wymówka, tak po prostu jest. Jeśli Pani Joanna Pacuła nie rozmawiała po polsku, a to bardzo możliwe, bo wtedy ani internetu powszechnego nie było, ani polskiej telewizji satelitarnej, może Radio Wolna Europa, agenci pod przykrywką, którzy przecież polszczyznę skrywać będą pod ową przykrywką, a nie ćwiczyć rozmówki polskie z "uciekinierką", którą stan wojenny zaskoczył na wyjeździe - i praktycznie tyle.
    Bywa, że tracę pewność co do znaczenia słowa, czasem zapominam, jak brzmiało, jakoś mi się końcówki zmieniają i wychodzą słowotwory różne. Co niekoniecznie jest zawsze pozytywne.
    Żadne usprawiedliwanie, żadne wymówki, takie tam marudzenie nt. języka. Polskiego zresztą głównie.

    Poza tym Połowic nadal chory i chyrla, chociaż mniej, za to chyba ząb mu się psuje; znowu będzie narzekał i trzeba mu będzie oddać sprawiedliwość i pierwszeństwo do tego narzekania.
    O kafelkach poczytałam i od samego czytania mam dość, bo to ja robię za jedynę złotą rączkę w domu, reszta domowników (dwóch) wyrzuca na pawlacz i żyje bez, jeśli nie kupi nowego. A zwykle kupuje nowe za jakieś koszmarne kwoty. To może tym razem dom najlepiej. Z wejściem od jakieś ludzkiej strony, najlepiej od zachodu na wschód i z lewej raczej niż prawej.
    Szwagier twierdzi, że dom jest przeklęty. Jak ma być przeklęty, to chyba tylko przeze mnie! No i zasadniczo Szwagier ma rację, bo ostatnio się z domem znowu na siebie gniewamy. Trzeba będzie się wziąć w pojedynkę, utworzyć krąg i rozpalić jakiś ogień czy cóś.
    Kot ma rozwolnienie, chyba o ostatniej kuracji u pana weta, którego tak bardzo chciałam uniknąć, bo trochę mu nie ufam. Kot też nie - zaparł się podobno na wizycie w swoim koszu wiklinowym i się go nie dało wyciągnąć ;P Moja krew. Jak mi zastrzyk dawali przy anginie, to jako 3-letnie dziecko, o ile dobrze jestem poinformowana, 3 osoby mnie utrzymać nie mogły. Do podania tabletki rozpuszczonej na łyżeczce - to pamiętam też mnie z pielęgniarką mam chciała przytrzymać - powodzenia. Zatem kot się zaparł, po raz pierwszy się rozeźlił i chciał podrapać personel. Hm. Pani wet wyciąga kot, a kot miętki jest i potulny (i wtula się we mnie, a mnie się serce kraje, żem*) zdrajca!...)
    Moje uszy znowu nadwrażliwe, pewnie po porannym myciu głowy, bo po zdejmowaniu kafelków i sprzątniu po tym po raz drugi, jakoś już nie miałam siły się wczołgać pod prysznic ze łbem całym.

    Ten łeb pusty zresztą chyba , bo mi kowadełko jakimś echem pobrzmiewa...

    *) to staropolszczyzna, nie gwara. Tak jak i DUPA :))))

    Komentuj (4)

    AAAAAAAAAAAAAAlan Rickman 13 listopada 2012, 14:44

    Z cyklu: film

    Cos mu sie w twarz stalo!!!!


    LEKARZA!

    Komentuj (1)

    a propos co się Alanowi Rickmanowi w twarz stało.... 14 listopada 2012, 22:21

    Z cyklu: film

    ...to ja dureń jestem!
    Stało mu się to samo, co moim kolegom z pracy!
    Niestety, po polsku nie ma: http://en.wikipedia.org/wiki/Movember

    Stała się im wszystkim akcja zwrócenia uwagi na problem raka prostaty.
    Chapeau bas!

    Komentuj (1)

    Disneya bajki dla dzieci (+18???) albo Hazardous Humour 16 listopada 2012, 14:34

    Z cyklu: Irlandia

    Pani Polka z synkiem ok. 4 (?) lat w zatloczonym tramwaju, rozparci na dwoch siedzeniach, bo jakze tak wziac dziecko na kolana, jak klasa pracujaca jedzie do pracy. Ale niech jej tam bedzie - i tak w takim tloku rzadko siadam, bo sa tacy, co WYGLADAJA na starszych i bardziej zmeczonych itd. Poza tym tylem jezdzic nie lubie ;P
    Rzecz jednak o tym, ze dziecko bardzo grzecznie i z pelnym wdziekiem i czarem wlasciwym tylko dla tego wieku i tylko w wybranych przez dzieciaka momentach, zajmowalo sie (dalo sie zajmowac) ksiazeczka. Treasure Classics - Disney, magical tales - jakies takie cos z Ksiega Dzungli (rany Merlina. Jaka klasyka, totalna NOWKA! Jeszcze nie widzialam!), Krol Lew (patrz powyzej), Dalmatynczki (moze i nie nowka, ale tez nie widzialam). Bardzo mila para do zabujania nudy w tramwaju na stojaco, przyznaje.
    - ...I on mowi, ze to sa gwiazdy (cos tam, lubudubu tramwajowe szyny - czyzby powiedziala DUCHY?) naszych przodkow - mam przyglada sie uwaznie synkowi, jak synek przetrawia i interpretuje PRZODKOW. A moze po prostu sobie patrzy na wlasna pocieche i najwyrazniej ukochany skarb - pozytywnie, bardzo pozytywnie w tym pogietych czasach.
    - A tu Crudella DeMon! - wyjasnia pani, sama uniesiona ksiazeczka, ilustracjami i historia.
    Pani wyjasnia maluchowi po polsku, bo ksiazka po angielsku - wiec nie czyta wprost - ze kot zaglada pod kubeczek, czy jest tam myszka.
    Hm, mysle sobie, kotek zlapal myszke do kubeczka... Bedzie chcial gotowac - jak w Tom&Jerry.
    - A czemu? - docieka maluch.
    - No bo kotek jest ciekawy, czy myszka dalej jest w tym kueczku, wiec zaglada pod niego....
    Aha, wiec nie gotuje. nakryl kubeczkiem i uczyla, czy jest tam myszka...
    - ...sprawdza, czy myszka jest w tym kubeczku, czy w tym, czy w tym.
    Trzy kubeczki.
    Dziecko oglada obrazek z zainteresowaniem.
    Zaraz. Trzy (TRZY) kubeczki?!!!?

    Zarylam po cichu ze smiechu. Jakze niepedagogicznie, ale na tym etapie juz tego bohaterowie tej historii o hazardzie nie widzieli, bo sie miejsce zwolnilo.

    Komentuj (1)

    Ćwiczenie na rozciągliwość ("pióra") 16 listopada 2012, 17:11

    Z cyklu: koticzka pisze

    Czas na małą historyjkę.
    Miasto wysysa ze mnie pomysły niczym Dementor. Ale zachód jest taki piękny – przestrzeń, przytulna przestrzeń między niebem i ziemią, jakby nigdy nie istniała cywilizacja, tłum, chaos i zgiełk.
    Kolory. Nie ma szarości spalin i monotonii. Trawa we wszystkich odcieniach jesiennej tęczy z brokatem wrzosów i szafirowego nieb odbitego w filuternej wodzie, ukrywającej się między kępami, podglądającej psotnie przybyszów. Obcych. Ale łatwo byłoby się zintegrować; pobrudzić, połamać paznokcie, rozczochrać ulizane włosy. I przepychać i przeciągać kamienie z matką ziemią.
    A potem zmęczyć się i marzyć o ucieczce do miasta?...
    Może nie jestem tak do końca wieśniaczką, człowiekiem roli. Nie jestem też tak naprawdę mieszczanką. Jestem pełną gębą prowincjuszka i do mojej prowincji tęsknię. Tam jest dobrze.
    Byłbyż to zaledwie piątek i wpływ dość intensywnego tygodnia?

    Trzy kubeczki u Disneya, hłe, hłe. Syndrom naszych czasów. Poniekąd Irlandii, gdzie hazard już dzieci mają we krwi.

    I co to jest, do diabła, ten instagram?


    Zamiast koticzka pisze powinno być chyba koticzka wyklepuje. Jest wypisuje, wygaduje, to wyklepuje też powinno być, bo w klawiaturę się klepie.

    Komentuj (0)

    Soczewki na dzis 19 listopada 2012, 12:46

    Z cyklu: Irlandia


    Albo cos takiego

    Nie moge sie zdecydowac...

    Komentuj (0)

    Nie spoczniemy, nim doj(e)dziemy 20 listopada 2012, 18:43

    Z cyklu: malkontenctwo

    W zawirowaniach dnia codziennego, w rozterkach egzystencjalnych I innych, w świetle filtra dla rybek, ktory rano zaczął odmawiać posłuszeństwa oraz w świetle niesienia pomocy rybkom metodą usta – usta w przypadku braku tlenu, nagle ocknęłam się, patrząc na kalendarz.
    Zmiana niewielka – kalendarz ten sam, co zawsze, ze sterczącą przypominajką o środowym koncercie Madness (nie żebym pałała miłością do koncertów tego typu, za to pałam dla Połowica, a Połowic, poza, mam nadzieję, mną, do Madness), kartka troszkę może nawet przekgadana, zamiast obrazka mądrość (hm...) mojego ulubionego malarza nieco wszak tandetnego, ale pełnego uroku światła, Thimasa Kinkade’a.
    Za to na kartce data.
    Dta, która wywołała u mnie napad paniki. Tym razem nie w sensie zawirowania stabilności myśli, ale takiej bardziej demonstrowanej. Bowiem kartka mówi, że już 20-ty listopada. To jest, nie okłamujmy się, bliżej niż dalej!
    I o ile na zakupy i przygotowania, nawet na ten remoncik łazienki czasu powinno starczyć, to przecież ja NIE MAM BILETÓW!.
    No to sprawdzę sobie, bo wszak biura sprzedaży niw idu ni słychu, opisy Bałkańskiego właściciela sklepu duplińskiego polskim żarciem jakoś nie przystają do rzeczywistości – chyba człowiek widział PRZESZŁOŚĆ, a konkretnie pozostałość po dawnym biurze/agencie. A tu internet mi mówi, że biletów NIE MA.
    Zawał. Albo kilka.
    Kombinuję już przez Krym, w końcu dzwonię do centrali, do Obsługi Klienta mojej ukochanej Polonii Transport.
    I oświadczam, że w bagażniku mogę, ale muszę i kombinuję już Duplin, Polska, Polska Euroline, Duplin itd.
    A pani na to, że się da, ale to ona najpierw zarezerwuje Duplin i że ma jedno.
    A ja na to, że musze dwa.
    A ona na to, to dołożymy (chyba w przyczepce, jak rany... albo w tym bagażniku będę, no nie wiem sama!). I że potem najwyżej się zmieni ten Duplin na Lądek!
    No to ja na to, że je ten Duplin jak najbardziej chcę!
    A ona na to – to dokładamy, a pani (czyli ja) niech szybko kupuje i to już, bo już jest!
    A ja na to obudzona, już wklepując dane, że przecież ja nie mam polskiego konta! (znaczy mam, ale czy ja się na nim znam?) I czy nie można jakoś zarezerwować na rany Merlina, o rany Morgany.
    A pani na to, to, że jak chcę zarezerwować, to ona mi zarezerwuje.
    I jak tu nie kochać.

    Masz to w Irlandii? Nie ma, to nie ma, na drzewo, nikomu nic się nie chce nawet za łapówki.

    Komentuj (0)

    Dylematy odczuwalne 20 listopada 2012, 23:46

    Z cyklu: Irlandia

    Termometr wskazuje 8C. Chyba w kuchni.
    Na chodniku zaobserwowaliśmy szronik. Temperatura odczuwalna jakieś -15C. Jutro będzie 5C na przystanku, 20C w busie, 15C w pracy, na lunchu 1C przy wyjściu i około 17C przy powrocie z lunchu. W drodze do domu wieczorem jakieś -5C (też raczej odczuwalna niż mierzona). Bo wilgoci tu sporo.
    OK. Nic takiego.
    Tylko, kurna, co ja ma na siebie włożyć???

    Komentuj (1)

    Egzystencjalnosc 21 listopada 2012, 11:42

    Z cyklu: malkontenctwo

    W całym wczorajszym zamieszaniu z wyjazdem, biletami, Świętami najbardziej zajmowało moje myśli to, co będzie z innymi - z Połowicem, kiedy będę musiała mu powiedzieć, że podróż będzie złożona, z kierowniczką, kiedy będę rozmawiać o dłuższym urlopie itd. Jestem egoistką, niekłamaną, dbam o swoje potrzeby i ustalam plan działania wg moich upodobań (w miarę), a raczej potrzeb i zegara biologicznego, który pika, że chce sobie odpocząć nic nie robiąc i grozi akcją protestacyjną, chociaż na razie jeszcze jest skłonny do negocjacji.
    Może jednakowoż irytacja, coraz mniejsza cierpliwość i to znużenie, wcale nie fizyczne, pochodzi z podejścia (lapsus zamierzony)? Bo ciągle coś wisi, ciągle jest coś DLA KOGOŚ, fajnie, cieszy mnie, ale może to kwestia MYŚLENIA o sobie? Niekoniecznie działania, to byłoby - mimo wszystko - sprzeczne z moimi zasadami i mam nadzieję, że mój egoizm trzymam jakoś w ryzach zdrowego rozsądku.
    A może to tylko wkurz, że gorączka przedświąteczna, przed którą udawało mi się obronić i po prostu cieszyć nadchodzącymi dniami, zaczyna ogarniać Połowica w niepozytywny sposób i zaczyna mi się udzielać? Bowiem, co symptomatyczne, Połowic zaczyna panikować, że nie zdąży. A ja naciskam, że chcę ubierać choinkę (kocham to robić i każę zdemontować, jeśli mi to chłopaki zrobią!) i pójść na zakupy świątezne. W związku z czym prawdopodobnie zamiast odnawiać ciągle zdewastowaną lazienkę ze ścianą ogołoconą z kafelków i przesłoniętą dodatkową kurtyną pod prysznic, żeby nie zamokła ponownie, pójdziemy w miasto. Do znienawidzonego przez mnei centrum Duplina, gdzie ludzie łażą niczym te łowiecki na hali, co się pasom, tylko jakieś te ludzie bardziej łobłe som. Nawet bardziej łobłe niz łowiecki niegolone. I łażom zygzakiem i się pętajom pod nogami i nijak pzeleźć się nie da normalnie! A w okresie szczytu świątecznego to już totalna masakra!
    No i nic dziwnego, jako że irlandzka gęstość zaludnienia to połowa polskiej, zatem doświadczenie mają żadne. I jeszcze jeżdżą pod prąd, więc jak mają normalnie chodzić. A ulice mają najbezpieczniejsze chyba tylko dlatego, że bardzo duży odsetek jest tak mało używany, że:


    Zatem może zgodnie z tradycją - CALL OF CHRISTMAS! ;>

    Komentuj (0)

    Kciuki, by pogoda dopisala 22 listopada 2012, 18:16

    Z cyklu: foto

    MOZE, ale tylko moze udaloby sie zlapac resztki kolorowej jesieni do jakichs szybkich fotek sweterkow?
    Tylko Polowic ma depreche i odmawia kooperacji w sprawach zachcianek, gdzie trzeba wiecej akcji niz pociagnac wloczke, zeby sie sprula. Prucie mu idzie niezle. On pruje, ja zwijam i przerabiam. Tak szybko cwaniak pruje, ze nie ma czasu uwiecznic aparatowo! ;P

    A w aparacie cale mnostwo zaleglosci,w tym jarzebinka i liscie za domem. :)

    Komentuj (0)

    Ostra zima 23 listopada 2012, 12:05

    Z cyklu: Irlandia

    http://www.independent.ie/weather/weekend-temperatures-to-plummet-as-big-freeze-arrives-3302995.html
    Idzie mróz, podaje prasa. Może być ślisko na ścieżkach i kierowcy mają uważać, bo najpierw popada deszcz. A w nocy przyjdzie mróz. Będzie -3C. MINUS TRZY CELSJUSZA.
    Fakt, raz w listopadzie się tak w Polsce zrobiło. Wszystko - płoty, rośliny, chodniki, pokryte były mniej więcej centymetrową wartwą przezroczystego, gładziutkiego lodu. Co ciekawe, o ile pamiętam, to nie tylko w moim mieście, ale w całym regionie, aż po Śląsk. I zdaje się, też zaliczyłam glebę. Było to w niedzielę rano chyba, problem był - tradycyjnie - z opóźnioną reakcją służb miejskich. Babcia Kądzielowa (Mieczowej już z nami nie było od dawna... ): wykazała nieprzeciętną przedsiębiorczość; otóż zaopatrzyła się w woreczek z piaskiem i łopateczkę i posypywała sobie drogę przed sobą idąc po zakupy :) I nic jej się nie stało! Takie to babcie kiedyś były!

    Idę chałupę opatrzeć. Albo popracuję najpierw, a potem stwierdzę, że mi się nie chce, bo musimy jeszcze wodę rybciom wymienić, błe.

    -----------------------
    Mam ten odwieczny problem z wyborem kategorii (jedną tylko się da wybrać, nie znalazłam możliwości, żeby dwie) - czy malkontenctwo, czy Irlandia, bo właściwie w większości przypadków kategoria okazuje się tożsama!

    Komentuj (1)

    Call off Xmas! 26 listopada 2012, 10:43

    Z cyklu: malkontenctwo

    Weekend pod znakiem konsumpcjonizmu i mało-robienia. Plany wielkie, a spełzły (jak zwykle) na niczym. Sobota - przedwczesne zakupy z Połowicem,

    histeryzującym niczym dziecko, że nie zdążymy z przygotowaniami. Krótka wizyta na wioskowym kiermaszu - straszne badziewie. Ale to straszne. Załamka. Ja wiem, że Gwiazdka jako taka jest w sobie tandetna i z upodobaniem daję sama upust swoim złym gustom :D (tak jakbym się poza sezonem przejmowała, hahaha), nie dbając o to, że teoretycznie może być z klasą i wytwornie, na zdrowie, wolę rustykalnie, swojsko i rozmemłanie.
    Niedziela - obiad świąteczny u szwagierki. Obżarstwo i senność.
    Druzgocącym psychicznie sukcesem weekendu są dwie tury prania, które udało mi się wcisnąć przed obiadem i po obiedzie (piorę w długim cyklu z ekstra płukaniem, więc planowanie ma znaczenie, bo się mogę czasem nie wyrobić ;P), przy czym jedno przed obiadem na styk nie weszło,więc bardzo się cieszę, że niebieska koszulka polo się nie zafarbowała w barwy ochronne. Jeszcze bardzoej druzgocąca porażka to cynamonowe zawijańce z gotowego ciasta francuskiego, które uprzejmie nie wyrosły i nie mam pojęcia dlaczego, bo moje doświadczenie z takim ciastem ogranicza się do sporadycznej konsumpcji (dawniej praktycznie tylko w napoleonkach, teraz częściej w sklepowych cynamonkach).
    Efekt jest taki, że czuję się ciężką, obrzmiałą, przeżartą, przekonusmowaną fizycznie i emocjonalnie nieudacznicą i mam dość Świąt - jak dla mnie, mógłby się on już zakończyć i przekształcić w radosne oczekiwanie zwykłej zimy, ze śniegiem - i tu mamy oksymoron, jako że przybywam na terenie Irlandii. Śnieg jest tu ekstremalnym zjawiskiem pogodowym. A ja tak coś czuję, że Gwiazdka będzie tak zielona, że w Wiśle śniegu będą szukać U Janeczki pod lodami kokosowymi!
    Czuję zapotrzebowanie na wartości wyższe. Życzcie mi powodzenia, bo otacza mnie skrajny pop (jak ostatni rozczarowujący numer Vogue, błe).
    Nie ma się na co skarżyć, ale i chwalić też niczym!

    Składam również samokrytykę za brak piątkowego rozruszania pióra. I to by było na tyle.

    Komentuj (0)

    Takie tam i słówko o literaturze fantasy 28 listopada 2012, 15:58

    Z cyklu: malkontenctwo

    Powinnam tyle rzeczy. Ale mi się nie chce. Mam wybór i korzystam z niego skrupulatnie, przedkładając rzeczy przyjemne nad mniej pilne powinności. Nie rozpieszczamy rybek, wymieniliśmy tylko część wody, za to lwią. Rybki się cieszą, my też, chociaż może one tylko się wkurrrrrzają, a przez algi wyglądają na uśmiechnięte?
    Szkoda, że w pracy muszę przyjmować inną taktykę, chociaż też szczęśliwie mam niesamowitą swobodę na ogół. Chce mi się coraz mniej, coraz mniejszy sens widzę w tym, co robię, bo na co to komu i co z tego wynika. Oprócz pewnej lekcji, ćwiczeń uzupełniających i rozwoju światopoglądu, za co jestem niezmiernie wdzięczna, no robota marzenie. Gdybyż jeszcze coś s tego konkretnego wynikło. No nie wiem. Np. studnia. Albo kopczyk. Sweter czy taca kruchych ciasteczek. Przy okazji - wczoraj stwierdziłam, że pitraszenie mnie niesamowicie wycisza i uspokaja. Oraz Połowic stwierdził po raz kolejny zresztą, że jak dłużej w pracy siedzę, to wracam weselsza. I nie da sobie wytłumaczyć, że to pozostałości pracoholizmu i wcale mnie tak nie cieszy, że dłużej siedzę, tylko że coś niecoś udało mi się zrobić wreszcie wieczorem, jak koledzy-imprezowicze (tak się czasem zachowują i tyle hałasu i zamieszania robią przy biurkach, że barman już by chyba na ochroniarza kiwał znacząco) opuścili miejsce - hm - pracy, przynajmniej MOJEJ. Bo jak już się człowiek męczy, to wolałby nie mieć zaparcia pracowego, prawda? Już lepiej, żeby jakiś efekt z tego parcia na psyche był.
    Najgorszą karą jednakowoż jest nawet nie siedzenie tu długo czy te cholerne dojazdy, ale konieczność kompromisu jakości i tempa. No ja sorry, ale mam trudności. Zwłaszcza, że po angielsku compromise oznacza mniej więcej odpuścić, potraktować ze szkodą. Nie lubię. Sprzeczne z zasadami. To ja może przysiądę. Błe.

    A propos literatury - mam nieodparte wrażenie, że Terry Pratchett się żegna w "Niuchu" z moimi ukochanymi bohaterami. Rozdziera mi to serce.

    Komentuj (0)


Szablon: koticzka (stopniowo)


HOSTING: ageno.pl