O koticzce RSS

    Się wyprodukowało 10 listopada 2012, 00:24

    Z cyklu: J.K.Rowling

    ...ale do tego trzeba znać treść kanonu książkowego. Bez tła zostaje może 10% treści.
    http://koticzka.boo.pl/
    Zasadniczo nie masię czym chwalić, małe, koślawe, jakość nie ta i język kuleje. Bosz, naprawdę można zapomnieć języka, jak się tylko w obcym nawija. Ciekawe, jak mi pójdzie tłumaczenie...

    I teraz mam dylemat - jako tag powinnam wybrać "koticzka pisze" czy "JKR"?
    Próżność mówi że w końcu to koticzka pisze, ale logika że jak JKR pisze, to przyciąga zwykle trochę więcej, więc może i tu może coś więcej przyciągnie. I najlepiej, żeby przyciągnęła też do www.slytherin.boo.pl

    Z zielonym pozdrowieniem.

    Komentuj (2)

    Rozbrojenie 12 listopada 2012, 13:51

    Z cyklu: Irlandia

    Rozbroil mnie, a moze poniekad zalamal naglowek w Bloombergu: Osaka Mayor's Insurgent Party Stumbles in Boon for LDP.
    "Nic nie kumam z tego, stary, nic nie kumam!"
    A druga rozbrajajace wiadomosc, to stado sloni, ktore zrobilo rozrobe w lokalu, bo chcialy jeszcze jednego szluga.

    A poza tym kafelki w lazience, nad wanna i bezposrednio pod prysznicem, ktore mialam poprawic polozono na papierze (papierowa tapeta????) wiec mam pol sciany golej, ktora to schnie i czeka na dalsze decyzje. Kafelkowanie strefy prysznica troche mnie zniecheca.
    Doszlam do wniosku, ze nie dopuszcze zadnego Irlandczyka do budynky, w ktorym mieszkam w celach naprawczych (dla wspollokatorow MOZE CZASEM zrobie wyjatek). Jeden facet cos tam upuscil i rozpieprzyl panele na podlodze w korytarzu, pierwszy hydraulik okradl nas z kurka i kazal wymieniac calosc, naprawiajac tymczasowo nalozeniem plastikowego kurka od czapy, drugi wymienil wszystko (bo mialam dosc), przy czym w kuchni przy manipulowaniu kurkami przeszkadza parapet (jest z 1,5 cm luzu pomiedzy kurkami a parapetem), poza tym facet wysuwal caly zlew oraz wanne, wiec wszelkie uszczelnienia i inne fugi diabli wzieli. W zwiazku z czym powinam zapewne rowniez rozbroic kafelki nad wanna z drugiej strony. Faceci od wymiany okien wyszczerbili sciany, zostawili tasmy ochronne na nowych drzwiach, zlepione silikonem oraz ow silikon na framugach. Facet, ktory naprawial dach zerwal oswietlenie Bozonarodzeniowe (chyba ze to ci od internetu wczesniej), ktore Polowic tak pieczolowice mocowal, ze spadl byl z drabiny. Facet, ktory czyscil komin wyczyscil polowe (jeden ciag, sa dwa kominki, Szwagier w zwiazku z tym nie uzywa, i dobrze, bo ma astme i mu nie ufam tak do konca). Po kaloryferach, ktore rowniez jeszcze Polowic zakladal przy pomocy specjalistow, w kuchni pozostaly dziury w scianach, bo sie faceci dupneli i zaczeli wiercic za bardzo za drzwiami. Modle sie, zeby sie okazalo, ze to moj ukochany expres do kawy sie zpieprzyl, a nie gniazdko, bo chyba popelnie sepuku, jesli bede musiala wzywac certyfikowanego irlandzkiego specjaliste, bo tej naprawy ani budynek, ani jego mieszkancy moga nie przezyc.
    Jak widac, nie mieszkam w tej ruderze z wlasnego wyboru. Tak mi dom urzadzili specjalisci-autochtoni, od ktorych uchron nas, Merlinie.
    Dziekuje ci, Irlandio.

    Taki to byl sobie weekend, oslodzony uprzatnieciem domu (trwalo nawet pare godzin, a nawet kilka, bo posprztalam i nastal wieczor) oraz wrecz nazbyt laskawym komentarzem na temat bazgrolenia. Z polowa sie zgadzam, co do drugiej polowy - wyznaczylabym normalnie detention za wazeliniarstwo i brak ufnosci we wlasne zdolnosci! To nie po slizgonsku!

    Komentuj (1)

    koticzka się ustosunkowuje 12 listopada 2012, 22:05

    Z cyklu: malkontenctwo

    Się ustosunkowuje do własnej wypowiedzi i to krytycznie.
    Adriano - dobrze, że nie rozwinęłaś w tym sensie, że to zdecydowanie za dużo pochwał - chociaż z jednej strony okrutnie mnie pogłaskały i ucieszyły, a z drugiej zmieszały straszliwie, bo uważam, że są absolutnie zawyżone!
    No i jak się zastanowić nad definicją, fakt, "wazeliniarstwo" nie pasuje ni troszku.
    Ale zdecydowanie uważam, że niedoceniasz własnych umiejętności. Mam nadzieję, że nie porzuciłaś myśli o pisaniu na poważną skalę - o ile już tego nie robisz, bo zdecydowanie powinnaś! Też lubię Twój styl, tylko nie zdążyłam rozwinąć, bo pisałam w krótkiej przerwie w pracy ;P Twój styl jest inny - charakterystyczny, wyróżnia Cię i to bardzo dobrze.
    Nic złego na myśli nie miałam, miało być żartobliwie - i było żartobliwie niczym piosenka "Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew..." w czołowym polskim filmie, którego cudzoziemcy ni huhu nie rozumieją, nawet jeśli mieszkają ileś tam lat w PL (to na temat, tylko temat poniżej).
    Bardzo niecierpliwie czekam na nowe enigmatyczne notki - a tu nic! :( Kiedy będą?

    ----------------------

    A teraz, jeśli P.T. Czytelnicy pozwolą, to ja się ustosunkuję krytycznie do innej rzeczy:
    Otóż. Kiedyś aniu46 się ustosunkował krytycznie do Joanny Pacuły, że y-kała w wypowiedzi po polsku po powrocie z kilkuletniego pobytu za granicą.
    Wcale sie nie dziwię, bo mnie polskie słowa - moje własne - w uszach czasem dziwnie brzmią, a w mózgu następuje czasem tłumaczenie kilkakrotne z polskiego na angielski i z powrotem. To nie jest żadna wymówka, tak po prostu jest. Jeśli Pani Joanna Pacuła nie rozmawiała po polsku, a to bardzo możliwe, bo wtedy ani internetu powszechnego nie było, ani polskiej telewizji satelitarnej, może Radio Wolna Europa, agenci pod przykrywką, którzy przecież polszczyznę skrywać będą pod ową przykrywką, a nie ćwiczyć rozmówki polskie z "uciekinierką", którą stan wojenny zaskoczył na wyjeździe - i praktycznie tyle.
    Bywa, że tracę pewność co do znaczenia słowa, czasem zapominam, jak brzmiało, jakoś mi się końcówki zmieniają i wychodzą słowotwory różne. Co niekoniecznie jest zawsze pozytywne.
    Żadne usprawiedliwanie, żadne wymówki, takie tam marudzenie nt. języka. Polskiego zresztą głównie.

    Poza tym Połowic nadal chory i chyrla, chociaż mniej, za to chyba ząb mu się psuje; znowu będzie narzekał i trzeba mu będzie oddać sprawiedliwość i pierwszeństwo do tego narzekania.
    O kafelkach poczytałam i od samego czytania mam dość, bo to ja robię za jedynę złotą rączkę w domu, reszta domowników (dwóch) wyrzuca na pawlacz i żyje bez, jeśli nie kupi nowego. A zwykle kupuje nowe za jakieś koszmarne kwoty. To może tym razem dom najlepiej. Z wejściem od jakieś ludzkiej strony, najlepiej od zachodu na wschód i z lewej raczej niż prawej.
    Szwagier twierdzi, że dom jest przeklęty. Jak ma być przeklęty, to chyba tylko przeze mnie! No i zasadniczo Szwagier ma rację, bo ostatnio się z domem znowu na siebie gniewamy. Trzeba będzie się wziąć w pojedynkę, utworzyć krąg i rozpalić jakiś ogień czy cóś.
    Kot ma rozwolnienie, chyba o ostatniej kuracji u pana weta, którego tak bardzo chciałam uniknąć, bo trochę mu nie ufam. Kot też nie - zaparł się podobno na wizycie w swoim koszu wiklinowym i się go nie dało wyciągnąć ;P Moja krew. Jak mi zastrzyk dawali przy anginie, to jako 3-letnie dziecko, o ile dobrze jestem poinformowana, 3 osoby mnie utrzymać nie mogły. Do podania tabletki rozpuszczonej na łyżeczce - to pamiętam też mnie z pielęgniarką mam chciała przytrzymać - powodzenia. Zatem kot się zaparł, po raz pierwszy się rozeźlił i chciał podrapać personel. Hm. Pani wet wyciąga kot, a kot miętki jest i potulny (i wtula się we mnie, a mnie się serce kraje, żem*) zdrajca!...)
    Moje uszy znowu nadwrażliwe, pewnie po porannym myciu głowy, bo po zdejmowaniu kafelków i sprzątniu po tym po raz drugi, jakoś już nie miałam siły się wczołgać pod prysznic ze łbem całym.

    Ten łeb pusty zresztą chyba , bo mi kowadełko jakimś echem pobrzmiewa...

    *) to staropolszczyzna, nie gwara. Tak jak i DUPA :))))

    Komentuj (4)

    AAAAAAAAAAAAAAlan Rickman 13 listopada 2012, 14:44

    Z cyklu: film

    Cos mu sie w twarz stalo!!!!


    LEKARZA!

    Komentuj (1)

    a propos co się Alanowi Rickmanowi w twarz stało.... 14 listopada 2012, 22:21

    Z cyklu: film

    ...to ja dureń jestem!
    Stało mu się to samo, co moim kolegom z pracy!
    Niestety, po polsku nie ma: http://en.wikipedia.org/wiki/Movember

    Stała się im wszystkim akcja zwrócenia uwagi na problem raka prostaty.
    Chapeau bas!

    Komentuj (1)

    Disneya bajki dla dzieci (+18???) albo Hazardous Humour 16 listopada 2012, 14:34

    Z cyklu: Irlandia

    Pani Polka z synkiem ok. 4 (?) lat w zatloczonym tramwaju, rozparci na dwoch siedzeniach, bo jakze tak wziac dziecko na kolana, jak klasa pracujaca jedzie do pracy. Ale niech jej tam bedzie - i tak w takim tloku rzadko siadam, bo sa tacy, co WYGLADAJA na starszych i bardziej zmeczonych itd. Poza tym tylem jezdzic nie lubie ;P
    Rzecz jednak o tym, ze dziecko bardzo grzecznie i z pelnym wdziekiem i czarem wlasciwym tylko dla tego wieku i tylko w wybranych przez dzieciaka momentach, zajmowalo sie (dalo sie zajmowac) ksiazeczka. Treasure Classics - Disney, magical tales - jakies takie cos z Ksiega Dzungli (rany Merlina. Jaka klasyka, totalna NOWKA! Jeszcze nie widzialam!), Krol Lew (patrz powyzej), Dalmatynczki (moze i nie nowka, ale tez nie widzialam). Bardzo mila para do zabujania nudy w tramwaju na stojaco, przyznaje.
    - ...I on mowi, ze to sa gwiazdy (cos tam, lubudubu tramwajowe szyny - czyzby powiedziala DUCHY?) naszych przodkow - mam przyglada sie uwaznie synkowi, jak synek przetrawia i interpretuje PRZODKOW. A moze po prostu sobie patrzy na wlasna pocieche i najwyrazniej ukochany skarb - pozytywnie, bardzo pozytywnie w tym pogietych czasach.
    - A tu Crudella DeMon! - wyjasnia pani, sama uniesiona ksiazeczka, ilustracjami i historia.
    Pani wyjasnia maluchowi po polsku, bo ksiazka po angielsku - wiec nie czyta wprost - ze kot zaglada pod kubeczek, czy jest tam myszka.
    Hm, mysle sobie, kotek zlapal myszke do kubeczka... Bedzie chcial gotowac - jak w Tom&Jerry.
    - A czemu? - docieka maluch.
    - No bo kotek jest ciekawy, czy myszka dalej jest w tym kueczku, wiec zaglada pod niego....
    Aha, wiec nie gotuje. nakryl kubeczkiem i uczyla, czy jest tam myszka...
    - ...sprawdza, czy myszka jest w tym kubeczku, czy w tym, czy w tym.
    Trzy kubeczki.
    Dziecko oglada obrazek z zainteresowaniem.
    Zaraz. Trzy (TRZY) kubeczki?!!!?

    Zarylam po cichu ze smiechu. Jakze niepedagogicznie, ale na tym etapie juz tego bohaterowie tej historii o hazardzie nie widzieli, bo sie miejsce zwolnilo.

    Komentuj (1)

    Ćwiczenie na rozciągliwość ("pióra") 16 listopada 2012, 17:11

    Z cyklu: koticzka pisze

    Czas na małą historyjkę.
    Miasto wysysa ze mnie pomysły niczym Dementor. Ale zachód jest taki piękny – przestrzeń, przytulna przestrzeń między niebem i ziemią, jakby nigdy nie istniała cywilizacja, tłum, chaos i zgiełk.
    Kolory. Nie ma szarości spalin i monotonii. Trawa we wszystkich odcieniach jesiennej tęczy z brokatem wrzosów i szafirowego nieb odbitego w filuternej wodzie, ukrywającej się między kępami, podglądającej psotnie przybyszów. Obcych. Ale łatwo byłoby się zintegrować; pobrudzić, połamać paznokcie, rozczochrać ulizane włosy. I przepychać i przeciągać kamienie z matką ziemią.
    A potem zmęczyć się i marzyć o ucieczce do miasta?...
    Może nie jestem tak do końca wieśniaczką, człowiekiem roli. Nie jestem też tak naprawdę mieszczanką. Jestem pełną gębą prowincjuszka i do mojej prowincji tęsknię. Tam jest dobrze.
    Byłbyż to zaledwie piątek i wpływ dość intensywnego tygodnia?

    Trzy kubeczki u Disneya, hłe, hłe. Syndrom naszych czasów. Poniekąd Irlandii, gdzie hazard już dzieci mają we krwi.

    I co to jest, do diabła, ten instagram?


    Zamiast koticzka pisze powinno być chyba koticzka wyklepuje. Jest wypisuje, wygaduje, to wyklepuje też powinno być, bo w klawiaturę się klepie.

    Komentuj (0)

    Soczewki na dzis 19 listopada 2012, 12:46

    Z cyklu: Irlandia


    Albo cos takiego

    Nie moge sie zdecydowac...

    Komentuj (0)

    Nie spoczniemy, nim doj(e)dziemy 20 listopada 2012, 18:43

    Z cyklu: malkontenctwo

    W zawirowaniach dnia codziennego, w rozterkach egzystencjalnych I innych, w świetle filtra dla rybek, ktory rano zaczął odmawiać posłuszeństwa oraz w świetle niesienia pomocy rybkom metodą usta – usta w przypadku braku tlenu, nagle ocknęłam się, patrząc na kalendarz.
    Zmiana niewielka – kalendarz ten sam, co zawsze, ze sterczącą przypominajką o środowym koncercie Madness (nie żebym pałała miłością do koncertów tego typu, za to pałam dla Połowica, a Połowic, poza, mam nadzieję, mną, do Madness), kartka troszkę może nawet przekgadana, zamiast obrazka mądrość (hm...) mojego ulubionego malarza nieco wszak tandetnego, ale pełnego uroku światła, Thimasa Kinkade’a.
    Za to na kartce data.
    Dta, która wywołała u mnie napad paniki. Tym razem nie w sensie zawirowania stabilności myśli, ale takiej bardziej demonstrowanej. Bowiem kartka mówi, że już 20-ty listopada. To jest, nie okłamujmy się, bliżej niż dalej!
    I o ile na zakupy i przygotowania, nawet na ten remoncik łazienki czasu powinno starczyć, to przecież ja NIE MAM BILETÓW!.
    No to sprawdzę sobie, bo wszak biura sprzedaży niw idu ni słychu, opisy Bałkańskiego właściciela sklepu duplińskiego polskim żarciem jakoś nie przystają do rzeczywistości – chyba człowiek widział PRZESZŁOŚĆ, a konkretnie pozostałość po dawnym biurze/agencie. A tu internet mi mówi, że biletów NIE MA.
    Zawał. Albo kilka.
    Kombinuję już przez Krym, w końcu dzwonię do centrali, do Obsługi Klienta mojej ukochanej Polonii Transport.
    I oświadczam, że w bagażniku mogę, ale muszę i kombinuję już Duplin, Polska, Polska Euroline, Duplin itd.
    A pani na to, że się da, ale to ona najpierw zarezerwuje Duplin i że ma jedno.
    A ja na to, że musze dwa.
    A ona na to, to dołożymy (chyba w przyczepce, jak rany... albo w tym bagażniku będę, no nie wiem sama!). I że potem najwyżej się zmieni ten Duplin na Lądek!
    No to ja na to, że je ten Duplin jak najbardziej chcę!
    A ona na to – to dokładamy, a pani (czyli ja) niech szybko kupuje i to już, bo już jest!
    A ja na to obudzona, już wklepując dane, że przecież ja nie mam polskiego konta! (znaczy mam, ale czy ja się na nim znam?) I czy nie można jakoś zarezerwować na rany Merlina, o rany Morgany.
    A pani na to, to, że jak chcę zarezerwować, to ona mi zarezerwuje.
    I jak tu nie kochać.

    Masz to w Irlandii? Nie ma, to nie ma, na drzewo, nikomu nic się nie chce nawet za łapówki.

    Komentuj (0)

    Dylematy odczuwalne 20 listopada 2012, 23:46

    Z cyklu: Irlandia

    Termometr wskazuje 8C. Chyba w kuchni.
    Na chodniku zaobserwowaliśmy szronik. Temperatura odczuwalna jakieś -15C. Jutro będzie 5C na przystanku, 20C w busie, 15C w pracy, na lunchu 1C przy wyjściu i około 17C przy powrocie z lunchu. W drodze do domu wieczorem jakieś -5C (też raczej odczuwalna niż mierzona). Bo wilgoci tu sporo.
    OK. Nic takiego.
    Tylko, kurna, co ja ma na siebie włożyć???

    Komentuj (1)

    Egzystencjalnosc 21 listopada 2012, 11:42

    Z cyklu: malkontenctwo

    W całym wczorajszym zamieszaniu z wyjazdem, biletami, Świętami najbardziej zajmowało moje myśli to, co będzie z innymi - z Połowicem, kiedy będę musiała mu powiedzieć, że podróż będzie złożona, z kierowniczką, kiedy będę rozmawiać o dłuższym urlopie itd. Jestem egoistką, niekłamaną, dbam o swoje potrzeby i ustalam plan działania wg moich upodobań (w miarę), a raczej potrzeb i zegara biologicznego, który pika, że chce sobie odpocząć nic nie robiąc i grozi akcją protestacyjną, chociaż na razie jeszcze jest skłonny do negocjacji.
    Może jednakowoż irytacja, coraz mniejsza cierpliwość i to znużenie, wcale nie fizyczne, pochodzi z podejścia (lapsus zamierzony)? Bo ciągle coś wisi, ciągle jest coś DLA KOGOŚ, fajnie, cieszy mnie, ale może to kwestia MYŚLENIA o sobie? Niekoniecznie działania, to byłoby - mimo wszystko - sprzeczne z moimi zasadami i mam nadzieję, że mój egoizm trzymam jakoś w ryzach zdrowego rozsądku.
    A może to tylko wkurz, że gorączka przedświąteczna, przed którą udawało mi się obronić i po prostu cieszyć nadchodzącymi dniami, zaczyna ogarniać Połowica w niepozytywny sposób i zaczyna mi się udzielać? Bowiem, co symptomatyczne, Połowic zaczyna panikować, że nie zdąży. A ja naciskam, że chcę ubierać choinkę (kocham to robić i każę zdemontować, jeśli mi to chłopaki zrobią!) i pójść na zakupy świątezne. W związku z czym prawdopodobnie zamiast odnawiać ciągle zdewastowaną lazienkę ze ścianą ogołoconą z kafelków i przesłoniętą dodatkową kurtyną pod prysznic, żeby nie zamokła ponownie, pójdziemy w miasto. Do znienawidzonego przez mnei centrum Duplina, gdzie ludzie łażą niczym te łowiecki na hali, co się pasom, tylko jakieś te ludzie bardziej łobłe som. Nawet bardziej łobłe niz łowiecki niegolone. I łażom zygzakiem i się pętajom pod nogami i nijak pzeleźć się nie da normalnie! A w okresie szczytu świątecznego to już totalna masakra!
    No i nic dziwnego, jako że irlandzka gęstość zaludnienia to połowa polskiej, zatem doświadczenie mają żadne. I jeszcze jeżdżą pod prąd, więc jak mają normalnie chodzić. A ulice mają najbezpieczniejsze chyba tylko dlatego, że bardzo duży odsetek jest tak mało używany, że:


    Zatem może zgodnie z tradycją - CALL OF CHRISTMAS! ;>

    Komentuj (0)

    Kciuki, by pogoda dopisala 22 listopada 2012, 18:16

    Z cyklu: foto

    MOZE, ale tylko moze udaloby sie zlapac resztki kolorowej jesieni do jakichs szybkich fotek sweterkow?
    Tylko Polowic ma depreche i odmawia kooperacji w sprawach zachcianek, gdzie trzeba wiecej akcji niz pociagnac wloczke, zeby sie sprula. Prucie mu idzie niezle. On pruje, ja zwijam i przerabiam. Tak szybko cwaniak pruje, ze nie ma czasu uwiecznic aparatowo! ;P

    A w aparacie cale mnostwo zaleglosci,w tym jarzebinka i liscie za domem. :)

    Komentuj (0)

    Ostra zima 23 listopada 2012, 12:05

    Z cyklu: Irlandia

    http://www.independent.ie/weather/weekend-temperatures-to-plummet-as-big-freeze-arrives-3302995.html
    Idzie mróz, podaje prasa. Może być ślisko na ścieżkach i kierowcy mają uważać, bo najpierw popada deszcz. A w nocy przyjdzie mróz. Będzie -3C. MINUS TRZY CELSJUSZA.
    Fakt, raz w listopadzie się tak w Polsce zrobiło. Wszystko - płoty, rośliny, chodniki, pokryte były mniej więcej centymetrową wartwą przezroczystego, gładziutkiego lodu. Co ciekawe, o ile pamiętam, to nie tylko w moim mieście, ale w całym regionie, aż po Śląsk. I zdaje się, też zaliczyłam glebę. Było to w niedzielę rano chyba, problem był - tradycyjnie - z opóźnioną reakcją służb miejskich. Babcia Kądzielowa (Mieczowej już z nami nie było od dawna... ): wykazała nieprzeciętną przedsiębiorczość; otóż zaopatrzyła się w woreczek z piaskiem i łopateczkę i posypywała sobie drogę przed sobą idąc po zakupy :) I nic jej się nie stało! Takie to babcie kiedyś były!

    Idę chałupę opatrzeć. Albo popracuję najpierw, a potem stwierdzę, że mi się nie chce, bo musimy jeszcze wodę rybciom wymienić, błe.

    -----------------------
    Mam ten odwieczny problem z wyborem kategorii (jedną tylko się da wybrać, nie znalazłam możliwości, żeby dwie) - czy malkontenctwo, czy Irlandia, bo właściwie w większości przypadków kategoria okazuje się tożsama!

    Komentuj (1)

    Call off Xmas! 26 listopada 2012, 10:43

    Z cyklu: malkontenctwo

    Weekend pod znakiem konsumpcjonizmu i mało-robienia. Plany wielkie, a spełzły (jak zwykle) na niczym. Sobota - przedwczesne zakupy z Połowicem,

    histeryzującym niczym dziecko, że nie zdążymy z przygotowaniami. Krótka wizyta na wioskowym kiermaszu - straszne badziewie. Ale to straszne. Załamka. Ja wiem, że Gwiazdka jako taka jest w sobie tandetna i z upodobaniem daję sama upust swoim złym gustom :D (tak jakbym się poza sezonem przejmowała, hahaha), nie dbając o to, że teoretycznie może być z klasą i wytwornie, na zdrowie, wolę rustykalnie, swojsko i rozmemłanie.
    Niedziela - obiad świąteczny u szwagierki. Obżarstwo i senność.
    Druzgocącym psychicznie sukcesem weekendu są dwie tury prania, które udało mi się wcisnąć przed obiadem i po obiedzie (piorę w długim cyklu z ekstra płukaniem, więc planowanie ma znaczenie, bo się mogę czasem nie wyrobić ;P), przy czym jedno przed obiadem na styk nie weszło,więc bardzo się cieszę, że niebieska koszulka polo się nie zafarbowała w barwy ochronne. Jeszcze bardzoej druzgocąca porażka to cynamonowe zawijańce z gotowego ciasta francuskiego, które uprzejmie nie wyrosły i nie mam pojęcia dlaczego, bo moje doświadczenie z takim ciastem ogranicza się do sporadycznej konsumpcji (dawniej praktycznie tylko w napoleonkach, teraz częściej w sklepowych cynamonkach).
    Efekt jest taki, że czuję się ciężką, obrzmiałą, przeżartą, przekonusmowaną fizycznie i emocjonalnie nieudacznicą i mam dość Świąt - jak dla mnie, mógłby się on już zakończyć i przekształcić w radosne oczekiwanie zwykłej zimy, ze śniegiem - i tu mamy oksymoron, jako że przybywam na terenie Irlandii. Śnieg jest tu ekstremalnym zjawiskiem pogodowym. A ja tak coś czuję, że Gwiazdka będzie tak zielona, że w Wiśle śniegu będą szukać U Janeczki pod lodami kokosowymi!
    Czuję zapotrzebowanie na wartości wyższe. Życzcie mi powodzenia, bo otacza mnie skrajny pop (jak ostatni rozczarowujący numer Vogue, błe).
    Nie ma się na co skarżyć, ale i chwalić też niczym!

    Składam również samokrytykę za brak piątkowego rozruszania pióra. I to by było na tyle.

    Komentuj (0)

    Takie tam i słówko o literaturze fantasy 28 listopada 2012, 15:58

    Z cyklu: malkontenctwo

    Powinnam tyle rzeczy. Ale mi się nie chce. Mam wybór i korzystam z niego skrupulatnie, przedkładając rzeczy przyjemne nad mniej pilne powinności. Nie rozpieszczamy rybek, wymieniliśmy tylko część wody, za to lwią. Rybki się cieszą, my też, chociaż może one tylko się wkurrrrrzają, a przez algi wyglądają na uśmiechnięte?
    Szkoda, że w pracy muszę przyjmować inną taktykę, chociaż też szczęśliwie mam niesamowitą swobodę na ogół. Chce mi się coraz mniej, coraz mniejszy sens widzę w tym, co robię, bo na co to komu i co z tego wynika. Oprócz pewnej lekcji, ćwiczeń uzupełniających i rozwoju światopoglądu, za co jestem niezmiernie wdzięczna, no robota marzenie. Gdybyż jeszcze coś s tego konkretnego wynikło. No nie wiem. Np. studnia. Albo kopczyk. Sweter czy taca kruchych ciasteczek. Przy okazji - wczoraj stwierdziłam, że pitraszenie mnie niesamowicie wycisza i uspokaja. Oraz Połowic stwierdził po raz kolejny zresztą, że jak dłużej w pracy siedzę, to wracam weselsza. I nie da sobie wytłumaczyć, że to pozostałości pracoholizmu i wcale mnie tak nie cieszy, że dłużej siedzę, tylko że coś niecoś udało mi się zrobić wreszcie wieczorem, jak koledzy-imprezowicze (tak się czasem zachowują i tyle hałasu i zamieszania robią przy biurkach, że barman już by chyba na ochroniarza kiwał znacząco) opuścili miejsce - hm - pracy, przynajmniej MOJEJ. Bo jak już się człowiek męczy, to wolałby nie mieć zaparcia pracowego, prawda? Już lepiej, żeby jakiś efekt z tego parcia na psyche był.
    Najgorszą karą jednakowoż jest nawet nie siedzenie tu długo czy te cholerne dojazdy, ale konieczność kompromisu jakości i tempa. No ja sorry, ale mam trudności. Zwłaszcza, że po angielsku compromise oznacza mniej więcej odpuścić, potraktować ze szkodą. Nie lubię. Sprzeczne z zasadami. To ja może przysiądę. Błe.

    A propos literatury - mam nieodparte wrażenie, że Terry Pratchett się żegna w "Niuchu" z moimi ukochanymi bohaterami. Rozdziera mi to serce.

    Komentuj (0)

    Na całej połaci śnieg... oraz koticzka a sprawa palucha 03 grudnia 2012, 14:03

    Z cyklu: malkontenctwo

    Się mi przypomniała piosenka.
    Dowiedziałam się rano, że Polska już skutecznie zasypana, to wzbudziło wstępny niepokój. Widok udostępniony łaskawie przez mgłę na Szyndzielni (courtesy http://www.dalekieobserwacje.eu) na dosłownie parę minut (teraz znów szara połać erkranu ZAMIAST, bo mgła, chmura i opad - nie że kamera nie działa, bo działa, widziałam na własny ekran służbowy!) zburzył mój spokój doszczętnie.
    Czuję się trochę zdradzona, trochę oszalała, zdesperowana - bo ten śnieg jest mój, mój cały!

    Poza tym tak sobie myślę, że dość łatwym jestem tematem na prezent, wystarczy dwa motki włóczki jakiejś albo rajstopy ciepłe czy ze wzorkiem albo też piosenka, co dobra na wszystko i już :)

    A może sobie sprezentuję Annę Marię Jopek z kolędami i śniegiem i będę znowu udawać, że kicham i ziewam w busie irlandzkim? O, właśnie mnie znowu bierze alergia. Alergia na brak śniegu i dwa i pół tysiąca kilometrów. Na to nie ma ani szczepionki ani pigułki. A na żywo jak fajnie było - i Połowic śpiewał i alergia na brak tego śniegu już na całego! Chusteczkę poproszę. Dziękuję, Profesorze.

    Tymczasem (uwaga: kryptoreklama) capuccino z torebki Mokate Vitalinea. Się mi jeszcze przypomniała inna LINEA!, balum-balum! :)

    -------------------

    Poza tym Połowic uprzejmie nie wyraził protestu, a jedynie zniecierpliwienie i zgryźliwość, a jednak dał sie zapędzić ze stosem zaległych swetrów i aparatem do ogródka. Nie wiadomo, co wyszło, bo popołudnie już było, resztka słońca już za murkiem się właściwie schowała, pomijając, ze to słońce jakieś żółte w tym kraju, ale nich tam. Nie zdążyłam zdjęć załadować na komputer, bo - uwaga: SUKCES, ŁAZIENKA WRESZCIE POMALOWANA, HURA, HURA!
    Jeszcze tylko plastikowe atrapy kafelków zostały do przyklejenia, hahaha, pomocy.
    Tylko kiedy, bo postanowiłam spróbować handelku malutkiego, tylko towarek jeszcze trzeba wydziergać. Może się uda jakie 20 eurasów zarobić. Przypominam, że nie ma się co podniecać, bo bo 20 eurasów ma inną wartość na tej bezśniegowej Uobczyźnieasadniczo drut to łatwo zamortyzować, ale taki palec to już ubezpieczeniem społecznym powinien być obłożony, ubezpieczeniem od wypadkó, bo wszak ma pracę w szczególnie trudnych i niebezpiecznych warunkach oraz jakiś system emeryatlny porządny by się przydał, prawda? Zwłaszcza że może mu wcześniejsza emerytura grozić przy intensywnym obciążeniu i nadgodzinach! Tak, tak, nie jest łatwo być palcem dziewiarki.

    Podsumowując powyższe: zdjecia wreszcie zaległe zrobiłam swetrom z całego roku i czem czapkom i zamierzam opublikować! Dam znać, bo takich zaległych publikacji to mam, że hoho, a nawet "hohoho-MerryChristmas".

    -------------------

    Już wiem, co mi się przypomniało i zapomniałam dopisać!
    Że oczywiscie ten śnieg to przeróbka "Deszczu" Panów Jeremiego i Jerzego (ich własna, czy też tylko Pana Jeremiego....), o czym większość tych, co znają piosenkę powinna doskonale wiedzieć :) Znowu mi się - dodatkowo - smutniej zrobiło, a przecież kiedyś wcale nie lubiłam tego kabaretu, dziś depcze Elicie po piętach (ale nie wyprzedzi, nie ma bacia). Przypomniało mi się, bo za oknem właśnie siekł tradycyjny yrlandzki prysznic. Ale chyba słońce przynajmniej wróci, nie bedzie tak opbrzydliwie szaro. Ktoś kiedyś napisał (konkretnie sistermoon), że niebo w Irlandii nigdy nie jest szare. Nie mam upośledzenia percepcji kolorów, ale za moim służbowym oknem jest szare zazwyczaj. Inna sprawa, że mamy specjalne filtrowe szyby ;P I nie da się ich otworzyć.
    Za to mam widok na naprawdę fenomenalne zachody słońca. Zapierają dech w piersi. A za plecami mam tęcze z rana, tylko nie widzę, bo biurko mam w złym kierunku.

    Oraz że Połowic na ten przykład ze swoją niecierpliwością jest bardzo trudnym prezentowanym, bo wszystkie nowości z jego kręgu zainteresowań zapowiadane na Święta wykupuje na bieżąco i potem nic nie chce. A kopa chce?! Dostanie worek wegla, tradycyjnie, niech potem wozi ze sobą z PL w swojej torbie, ale ja biorę kółka!

    O, mogę sobie powiększyć i zmniejszyć okienko edycji tekstu! Jej. Fajne.

    No dobrze. Koniec przerwy, wracam do pracy.

    Komentuj (0)

    Co nas nie zabije, to nas wzmocni 05 grudnia 2012, 11:14

    Z cyklu: malkontenctwo

    Nie dotyczy spieprzonej klimy.
    Dalej mi zimno. Chwilowo troche mniej, bo przykrecili i wolniej dmucha.
    Daze ku zalamaniu nerwowemu - ciekawe, co nastapi szybciej: zalamanko, przeziebionko czy urlopik. Stay tuned.
    Na czas "zimy" chyba zrobie nowy tag: KLIMA.

    Swetry nie zdazyly przewedrowac na komputer, bo nadganiam plan, bo biore urlop. to jest chore. To moze po prostu odwolajmy te cale Swieta i wszyscy (pracodawcy) beda szczesliwi. A ludzie tez, bo mniej zestresowani!
    Tymczasem kolejny sie zrobil, jeszcze tylko zszycie. Wielki i cieply i mieciuchny i puchaty.

    I jeszcze rozumiem uwarunkowania i bardzo szanuje pana sprzatacza i rozumiem, ze na czas sprzatania toalet lepiej moze by bylo dac mu szanse. Ale naprawde nie daloby sie, zeby to jakas pani przejela na ten czas w ciagu dnia?

    Jeszczy tylko odrobie - niech sie odrobie z cholernym sluzbowym przyjeciem gwiazdkowym jutro wieczorem, na ktore wcale nie mam ochoty. Ale wypada, nie? Bo - jak sie okazuje - takie chodzenie i socjalizowanie sie na sile jest ATUTEM w pracy. Moze bede do zwolnienia druga albo i trzecia, jakby co! GRRRR. A za te nadgodziny na tym party to kto mi zaplaci?

    Czy ja jestem dzis rozdrazniona?
    Byle do jutro, potem juz z gorki - normalnie, prezenty, choinka i codziennosc wymuszona na Polowicu, ktory ma Bozonarodzeniowy Stan Wyjatkowy od ponad miesiaca.

    Czuje sie jak ten kot stojacy na obrzezach Sahary:
    "Ja tej kuwety nie ogarniam!"*)

    ------------------------

    *) Kot tez juz byl, ale to moj ukochany kawal od lat!

    Komentuj (1)

    Prezent - jak to łatwo powiedzieć.... 06 grudnia 2012, 00:50

    Z cyklu: malkontenctwo

    Lalala. Taka piosenka była. Tylko nie do końca o Prezent tam chodziło.
    Otóż. Pochwaliłam się, że jestem łatwy temat do prezentów. Tylko że. Zdazryło mi się w przeszłości, ze dostałam tę samą płytę od dwóch osób. Tzn. dwa egzemplarze. I przestałam lubić, zraziłam się do całej grupy muzyków i nie chciałam przez długi czas słuchać. Potem zaczęłam znowu, ale jakoś tak mnie gryzie.
    Teraz spanikowałam poniekąd, ogarnęła mnie nerwówka okrutna ni stąd ni zowąd - podrzuciłam temat książki po hangielsku dwóm z najbliższych mi osób, z tym że Połowic miał NIE NABYWAĆ.
    Połowic może i nie nabył, ale nabył irlandzki Mikołaj, który zjawił się dzisiaj i bałaganił pod poduszkami.
    No i mam książkę, przeglądam uradowana i nagle mina mi zrzedła, bo pomyślałam - a co jeśli i polski aniołek nabył?! :| Usiłuję trzymać fason, ale kiepsko mi idzie. Na szczęście Połowic stwierdził, zastrzegając, że nic złego nie ma na myśli, ale że ja wyglądam na zmęczoną.
    No pewnie, dlatego właśnie wybieram się na urlop między innymi!
    I na to zmęczenie zwaliłam.
    No bo on się tak cieszył, że mi nabył tę książkę!
    Z tego, czego jeszcze ni mam i czego w Irlandii dostać ni huhu to "NIUCH", jakby co, którego nie posiadam, a który po hangielsku już przeczytałam. Resztę mojego ulubionego autora chyba już mam. O "Niuchu" wspominałam parę notek temu, ze chyba się autor żegna z bohaterami, czując na ramieniu bezwzględną łapę Alzheimera... :(

    Tak czy owak, siedzę i się gryzę teraz, bo ja aniołkowi w oczy się spojrzeć będę bała.
    Co tak będę sama siedzieć, pójdę sobie łeb umyć na to nieszczęsne przyjęcie - jak dojdę, bo jeszcze mnie mogą uszy nie puścić. I wtedy będzie Duży Kłopot (pierwszego stopnia od dołu).

    --------------

    Skończyłam Ciepły Sweter. Zdjęcia nawet się nie planuje! Może w weekend. Na razie czasowo-organizacyjny korek.

    Komentuj (0)

    Sejsmologia 06 grudnia 2012, 10:38

    Z cyklu: malkontenctwo

    Ninijeszym dementuję pogłoski, jakoby Irlandia została dotknięta dziś rano trzęsieniem ziemi. Jendakowoż nie biorę odpowiedzialności za jakiekolwiek tsunami. Grzmotnęłam organizmem o ziemię bez jakiejkolwiek premedytacji i zupełnie mimowlonie, a nawet wbrew woli.
    Żeby chociaż trochę tego podmarzniętego było widać, tyle miałabym radochy.
    Ała. Siedzę z oporami :[

    Komentuj (0)

    Uroki prostego życia 07 grudnia 2012, 22:46

    Z cyklu: malkontenctwo

    Podoba mi się. Chiciaż ostatnio znowu dopadło mnie zmęczenie materiału, ale minie za chwilę, jak zywkle. Wróci chęć robienia chlebka i takie tam różne. Ziew.

    Niemniej. Czytam między innymi ten oto blog: http://www.soulemama.com i jestem pod wrażeniem. Kobieta ma chyba piątkę czy szóstkę dzieci, znajduje czas na regularne blogowanie ze zdjęciami, na rękodzieła różne, ogarnięcie dzieci i zabawy z nimi oraz jej dom jest niemiłosiernie wręcz czysty. I jeszcze prowadzą gospodarstwo z kurami i inną zwierzyną (jeśli się nie mylę, hodują też owce). Tak, jak ja pragnę, ale nie potrafię.
    Naprawdę, nie wiem, jak ona to robi. Zapewne mając potomstwo ma się większą motywację w postaci "nie ma zmiłuj się".

    Natomiast. Jednakowoż... zerknęłam na TEN obrazek na tymże blogu i przypomniały mi się wszelkie możliwe elementy komiczne wyśmiewane w rozmaitych zapomnianych źródłach.
    Jak zacznę - zastrzelcie mnie. Bo to będzie już pora!

    The Joy Of Home Cheesemaking znaczy ni mniej ni więcej: Radość robienia sera w domu. Nie upiększajmy - nie wydajemy tej książki.

    Zgoda, nie pracuje ona w biurze po 10 godzin i nie dojeżdża codziennie do pracy przez kilka godzin. I nie mają SZWAGRA.
    To może ja wrzucę jakiś sweterek na stronę chociaż?

    Komentuj (0)

    Zajawki ze strefy cienia 08 grudnia 2012, 00:01

    Z cyklu: druty szydełko dzianina

    Strefa cienia panuje w naszym ogrodzie, gdzie czas leniwy jesienną strugą płynął wytrwale. Bo mi się nie chciało wstać wcześnie, a potem tak mi się przypomniało dopiero popołudniu. A Połowicowi się bardzo spieszyło, co tez widać.
    Niemniej link Dziejąca koticzka został wzbogacony o dorobek ubiegłego roku i wcześniej. Mniej więcej. Parę detali dla inspiracji.
    Będę wdzieczna za słówko, jeśli ktoś zechce wykorzystać, ze to koticzka i że to ta i ta strona itd.
    Nie zarabiam tym i nie sądzę, by się coś w tej dziedzinie drastycznie zmieniło, więc tym bardziej. Zakładam też, że nikt na masową skalę powielał nie będzie, bo w takim przypadku, jeśli w celach komercyjnych, to byłoby mi miło prawa autorskie odstąpić za opłatą, legalnie.
    ..........
    Może jednak nie będzie żadnych zajawek, ponieważ googlowa Picasa nie ładuje zdjeć. Bo nie i już.
    Natomiast ku pamięci, tu jest inspiracja dla jednego z wydzierganych ciuszków, który wkrótce i tak załaduję GDZIEŚ.
    http://szydelko-i-druty.bloog.pl/.
    .............
    Hura, udało się w końcu.
    Czas jednak na jakieś lepsze, sprawniejsze rozwiązanie, bo ten serwis to chyba robiła ta sama ekipa, która pospuła blog.pl :/ Do kitu.

    Zapraszam do galerii po m. in. takie obrazki:




    Niektóre zdjęcia wyszły tak kiepskie, że nie ma czego ratować.
    Dwa największe dzieła dziane 2012 pojechały w prezencie. Prosiłam o zdjecia, ale nie dosłano mi :( No cóż, życia płata wredne niespodzianki, więc trudno mi mieć pretensje o brak zdjęć siatkowej bluzki na szydełku w stylu wolnym. W sprawie płaszcza Bella, który właściwie chyba zrobiłam dwa lata temu - miesza mi się, a robił się niemiłosiernie dłuuuuugo, nie znam wymówek... a tym bardziej powodów. Przykro mi, muszę przyznać. Teraz żałuję, że nie sfotografoałam, chociaż na mnie by wisiało, bo obdarowane osoby wyższe niż ja i automatycznie odrobinkę inne wymiary mają. Ale przynajmniej byłby ślad...

    Komentuj (2)

    Przegląd piosenki, nie tylko polskiej 10 grudnia 2012, 17:27

    Z cyklu: malkontenctwo

    A w Krakowie
    ...na Brackiej pada śnieg...

    A w górach znowu zima,
    znowu pada śnieg!

    Im bardziej pada śnieg - bim-bom,
    Im bardziej pruszy śnieg, bim-bom,
    tym bardziej sypie śnieg bim-bom,
    jak biały puch z poduszki.

    A w Irlandii nic nie sypie. A piosenka będzie Angielska:

    A-tissue! A-tissue!
    We all fall down!

    Ała.

    Komentuj (4)

    blog.pl 12 grudnia 2012, 23:59

    Z cyklu: malkontenctwo

    Wyspiarz poskarżył się, że bloga już nie ma. Ale są takie chwile, wżyciu żółwia również, że musi, ale to MUSI na własne oczy, albo chociaż na to jedno.
    Internet Explorer mówi, że strony nie ma. A ja po swojemu - odśwież!
    I odświeżył. Znalazł.

    Bo z nowym blog.pl jest tak, że tak ulepszali, tak kombinowali, że z tego wyszło Merlin raczy wiedzieć co, ale nic dobrego.
    Ładuje się godzinami, nie da się obsługiwać i jedyne, co się ma ochotę zrobić, to rozłupać coś, najczęściej Merlinowi procesor winny komputer. Albo zabrać archiwum do walizki i sie stamtąd wynieść w p...cholerę.

    Albo jeszcze lepiej na np. www.ownlog,com

    Komentuj (1)

    Ostatni moment intymności 13 grudnia 2012, 00:06

    Z cyklu: Irlandia

    Jak zwykle na ostatnią chwilę się załapałam z poprzednią notką - ale tutaj, na Uobczyźnie, gdzie czas płynie inaczej i szacunku się dla niego nie ma, jeszcze przez godzinę będę się po cichutku cieszyć moim świętem.
    Połowic pamięta o rocznicach i urodzinach, to on pilnuje kartek i prezentów, które ja ewentualnie wymyślam. Nawet nauczył się Mikołajków, ba, nawet wie, skąd ta tradycja!
    Ale akurat TA katolicka idea nigdy do niego nie trafiła ani nie przemówiła. Są więc sobie bardzo obcy. I dlatego może zapyta za parę dni, kiedy ja w końcu mam te imieniny :)
    Pst. Nie mówcie mu. Tak jest... intymnie.

    Komentuj (0)

    Jeszcze tak nie bylo, zeby jarmarku nie bylo! 13 grudnia 2012, 11:56

    Z cyklu: malkontenctwo

    Roztrzęsłam się nieomalże.
    Do jasnej cholery, zawału można dostać! Albo odwołali, albo jest jakieś ściśle tajny ten jarmark w Krakowie!
    Znalazłam może ze dwa linki i ZERO na oficjalnej stronie miasta!
    W jakichś popłuczynowych opiniach zobaczyłam że odbywać się niby miały 27 LISTOPADA do 8 GRUDNIA. Chyba nie Bożonarodzowniowe, tylko HALOWEENOWE!.
    Sama nie wiem. A data tej wiadomosci to 21 listopad, więc możliwe, że skrócili! :((((

    http://www.kongregacja-kupiecka.com.pl
    Idę szukać potwierdzenia, ze to JEST, bo teraz koniec świata idzie i nigdy nic nie wiadomo! ;P

    Jak sie wkurzę, to w pociag i do Wrocławia! Trochę daleko, ale podobno tam najlepszy teraz.
    Bo to trochę jak pojechać na wakacje i nie mieć pogody plażowej. Niby też fajnie, można, ale. Brakuje tej kropeczki nad i. Tej wisienki na czubeczku.
    Wystarczy, ze jest wyraźne ryzyko Zielonej Gwiazdki i że bardzo intensywnie myślę pozytywnie, że będzie, bo jak nie, to Połowic ma atak depresji i ja mam przerąbane. Poza tym taka zielona Gwiazdka - kiedy się mieszka w Irlandii, gdzie śnieg to anomalia pogodowa ze stanem wyjątkowym???
    Bo jakbym się nie gimnastykowała, to nigdy nie mogę zdążyć ani na nasz lokalny jarmark, ani na WOŚP. Nie, no naprawdę. Do dupy :(((


    Dopisałam o tym, jaka zima jest piękna, jak ją kocham, poczym kliknęłam magiczny krzyżyk, zamykający stronę. Bez publikacji zmian. Taka roztrzęsiona jestem!
    Że może nie być nie tylko śniegu, ale i krakowskiego jarmarku.

    Komentuj (1)

    Święta idą 21 grudnia 2012, 21:20

    Z cyklu: malkontenctwo

    A nawet biegną. Połowicowi czas upływa dużo szybciej niż mnie, chociaż ja również wolałabym, żeby się nieco bardziej dłużył.
    I żeby sklepy tak nie kusiły wyborem, odmiennością i prze-/cenami.

    W duplińskim komputerze została uwięziona notatka, którą później kiedyś, po Trzech Królach zwanych też Małym Bożym Narodzeniem... Tymczasem będę ją kontynuować haha.

    Komentuj (0)

    Czas umyka, więc... 23 grudnia 2012, 15:06

    Z cyklu: malkontenctwo

    Wesołych, zdrowych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia oraz DZIANEGO Nowego Roku!
    :*

    Komentuj (1)

    Świąteczne spacerki 25 grudnia 2012, 20:41

    Z cyklu: foto

    Dziękuję wszystkim za życzenia! :))) Tak mi miło, że pamiętacie!

    Adriano, dziany to również taki eufezmizm ;P

    Zapraszam na Świąteczny spacer z Irą i koticzką

    -----------

    Parę ujęć z Wisły dodałam w powyższej galeryjce oraz poprawiłam literówkę, dzięki czemu nagle podpisy stały się widoczne biało na czarnym, jak zamierzałam.

    Komentuj (1)

    Większy wewnątrz (Bigger Inside) 30 grudnia 2012, 20:10

    Z cyklu: malkontenctwo

    ...czyli TARDIS dla niewtajemniczonych.
    Buzuje we mnie. Pełnia jest, za ciepło jest, za mało się ruszam, bo Połowica gryzie przeziębienie i niemrawy jest, więc spacerów mniej niż zwykle (a łazik z niego i tak kiepski). Do tego przyzwyczailiśmy się do dwutygodniowych ceyklów wyjazdowych, a tu trzeci tydzień i jakoś tak dziwnie z nim (chociaż wspaniale, że jest), ale jakoś tak zdezorientowani chodzimy, bo to trochę jak druga Gwiazdka.
    Za Gwiazdkę, a na dobrą sprawę za cały urlop jestem na siebie bardzo zła, bo słabo zaplanowałam. Trochę z racji marudzenia Połowica, ze zwykle za dużo robimy, za dużo ziedzania i on się męczy. Jak zwykle, okazało się, że Makontent Mojego Życia (MMŻ, niczym - nie przymierzając ZMM, czyli Zwierzątko Mojej Mamy Wojtyszki Macieja - kto pamięta?) znowu marudzi, bo jakoś jest tak nie tak. No jest nie tak, bo spokojnie, zbyt spokojnie w porównaniu z tym, do czeog go przyzwyczaiłam. Założenie jednakowoż było: dużo spcerów na odludziu. Tymczasem odludzie się ubłociło i jest średnio atrakcyjne z racji braku podstawowego elementu wystroju czyli śniegu, za którym tak bardzo, straszliwie tęsknię, że aż mi się płakać chwilami chce. Im bliżej wyjazdu, tym bardziej, bo już liasciate omnie speranze.
    Słabo zaplanowany urlop zaowocował atakiem zakupoholizmu oraz zakupem nowej torby podróżnej - dużej, na kółkach. Jak to u typowego nałogowca na odwyku, mam okropne poczucie winy, bo miało być duchowo, szlachetnie, INACZEJ, a wyszło po irlandzku, który to sposób tak ostro krytykowałam.
    Wstrętne.
    I jakoś entuzjazm we mnie opada. Niestety, tak, w bardzo dużej mierze z tej właśnie racji (choć nie tylko, ale to taka kropla, od której wielbłąd dostał rozwolnienia) (czy jak to tam było) (bo na tę kroplę nie byłam przygotowana, raczej na sopelki) (a na resztę tak).
    Trafia mnie, bo ruch mi potrzebny, marsze mi potrzebne, żeby myśli uspokoić i uporządkować, a jest ich tak dużo, bo skończył mi się umowny okres ochronny, który sobie wyznaczyłam. Bo pewne rzeczy same się nie staną i trochę czasem trzeba popchnąć. Jak już ruszy, to jakoś pójdzie.
    Ale chwilowo brzmi to jak TARDIS z ręcznego.
    Trudno. Chyba zaryzykuję awanturę małżeńską, bo Poowic chyba miał wśród przodków muzułmanów, bo mnie samej nie puści. Udowodnione droga empiryczną.
    Może jeszcze się uda.
    I może jednak mógłby się stać jakiś maluteńki pozytywny cudzik, nic super nadzwyczajnego, jakiś taki tyci.
    Żeby ten TRADIS ruszył. Stał się w zeszłym roku, ale stchórzyłam. Do dziś sobie w brodę pluję. Dobrze mi tak.
    Pasują tu dwie kawałowe pointy:
    1) "Dać jej szansę!"
    2) "Masztalski, daj mi szansę - zacznij grać!"*
    * (chociaż wiem, że w moim przypadku to nie bedzie lotek. Nie CZUJĘ. Po prostu WIEM).

    --------------------------

    Znów nie będzie czasu - więc Do Siego. Idę ćwiczyć ręcznie, zmowtywowana innymi notkami w różnych miejscach. Lubię pisać piórem - tylko jedna niedogodność, jeśli coś z tego mądrego wychodzi, to przepisywanie na PC... Hm.
    Jeszcze raz Do Siego, bo nie wiem, kiedy znów siądę. Jakoś inaczej jest przy tym komputerze ;)

    Komentuj (0)

    Sukcesik 31 grudnia 2012, 18:19

    Z cyklu: druty szydełko dzianina

    Udało mi się zakończyć spódnicę dla mamy (pół gumki jednakowoż wszyła sama), komplecik dla lalki w prezenciku dla psiapsiółki, a konkretnie jej córy (ciekawe, czy zostanie zaakceptowany), udało mi się wyciągnąć Połowica na Dębowiec i dotrzeć do wypożyczalni DVD przed zmaknięciem. Popołudnie się udało. Zobaczymy, jak reszta wieczoru w domowym... Zaciszu?
    Może sie tez uda skończyc sweter przed wyjazdem tym razem, zobaczymy - a wtedy obfotografujemy komplecik. Musze przyznać, ze jestem bardzo zadowolona z pomysłu w nieregularne gwiazdki w stylu norweski, A mój pomarańczowy odłogiem leży. Hm.

    Jutro... TADAAAM!!!!! OPERA ŚLĄSKA!!!

    Ciekawe, jak Połowic zareaguje! Wie, co ma być, ale między wiedzeniem a widzeniem/doświadczeniem jest przepaść nieświadomości.

    Nie udało się zdzwonić z psiapsiółką. Może była zajęta. Nie udało sie też pamiętać, by wziąć komórkę ze sobą ;P

    Do Siego po stokroć! I dzianego też!
    Ide po druty ;P

    Komentuj (1)


Szablon: koticzka (stopniowo)


HOSTING: ageno.pl