O koticzce RSS

    Raz-dwa-trzy... 18 września 2012, 12:08

    Z cyklu: Bez kategorii

    ...próba bloga.
    Jak sié sprawdzi, to bedzie nowe koticzkowo.

    Komentuj (0)

    Nie poznaje 18 września 2012, 18:06

    Z cyklu: Bez kategorii

    Ciagle biegam po pustych korytarzach, schodami w gore, schodami w dol, po piwnicy, cholera wie po co.
    Chce do tej kawiarni! Na pieterko. Mam nadzieje, ze menu nie gorsze niz...

    Komentuj (1)

    Krakow, Piwna 7 (szukaj w sieci) 19 września 2012, 12:46

    Z cyklu: Bez kategorii

    W czasie, kiedy czekalam, az mozg przestanie mi kipiec od sluzbowych rozwazan, sobie zerknelam na horoskop. I taki oto jest:
    Przed Toba slawa
    Wieczna zabawa
    Wszystko jak z nut
    Pieniedzy w brud...

    Komentuj (0)

    hm. 21 września 2012, 11:17

    Z cyklu: Irlandia

    Taki fajny blog, a pisac nie za bardzo o czym.
    Stan zawieszenia z powodu przeziebienia.
    Dawno wyczekiwanie przez Polowica zwolnienie.
    Ale juz mi przechodzi i znowu gdzies gna, doznawac, przezywac, zwiedzac, ogladac.
    Zwlaszcza ze na Wyspie taka piekna jesien sie zrobila i trwa- czysta anamalia pogodowa.

    Komentuj (2)

    Kwiatek Prady w oko wpada 21 września 2012, 21:54

    Z cyklu: druty szydełko dzianina

    Tutaj można obejrzeć (strona babskiego magazynu Grazia):
    http://www.graziadaily.co.uk/pub/21publish/s/showreports/PRAD_SS13_0388.jpg
    Więcej takich na wiosnę-lato 2013.


    Hej, szydełka w dłoń? :)

    Komentuj (0)

    Anna Karenina (wzburzonam) - spoilers 22 września 2012, 22:48

    Z cyklu: film

    Nie polecamy.

    Przypomina mi cyrk i "Rozenkrantz i Guildenstern nie żyją", co jest dobre dla współczesnych wersji Szekspira (właśnie sobie przypomniałam, że spolszczona wersja tego nazwiska jest legalna). Większość akcji odbywa się w teatrze (tani symbolizm dla wspołczesnej para-inteligencji???), a to, co odwołuje się do prawdziwego życia jest właściwie pochwałą komunizmu, co z uporem maniaka interpretowałam jako sielankę na wsi. Sielanka w pocie czoła (przeciwko temu nic nie mam), wszyscy pracują ciężko (mogę tylko pochwalić) - a pan na włościach macha kosą równo z innymi (no dobrze. Generalnie w porządku, równy gość. Ale w kontekście ROSJI CARSKIEJ, końca XIX wieku i brata komunisty?!?!?! To ja przez tego dupka mam zadatki na zakupoholiczkę, a właściwie nie tylko zadatki! I parę innych nieciekawych kompleksów).

    Generalnie jako osoba przewrażliwiona wskutek siedmiu lat życia na emigracji uważam filma za niepoprawny politycznie i oświadczam, że chce mi się żygać/rzygać/pawia puścić na wszystkie stereotypowe opinie tzw. świata zachodu na temat tzw. bloku wschodniego /postsocjalistycznego itd.

    Z jednym sie zgadzam - dekoracje teatralne z powodzeniem zastępują zimowe krajobrazy Rosji, a choć podobno Sankt Petersburg podobny do Paryża (czy też odwrotnie? ;>), to może nie wystarczyć, zwłaszcza na krajobraz zimowy - trochę zimna za mało.

    A przecież dało się zrobić filmy z tej epoki w sposób normalny i interesujący, prawda? Nie trzeba się bawić w maskarady i koreański balet folklorystyczny na balu. A może wtedy tak tańczyli walce, przebierając łapami i macając się po ramionach i szyjach. Nie wiem.

    Nie podobało mi się. Nie polecam.

    -------------------------------


    Poszperałam. Musi być wyjaśnienie, dlaczego. Rozumiem, że po 11 czy coś koło tego ekranizacjach szukali nowej koncepcji historii. Ale dlaczego tak na siłę???

    Przypatrywałam się różnym tańcom, walcom, mazurkom, kardaszom, ale tego walca koreańskiego z wersji 2012 nie namierzyłam. Jak wyżej - może tak się i wygibali, sama już nie wiem, ile palców widzę.

    Keira miała świetne kostiumy, to na pewno, ale właśnie biorę ciuchowy odwyk. Poza tym nie mam przekonania, że na pewno z tego okresu. Z drugiej strony Sophie pozwolili grać z grzywką (może tam jakieś cóś ma na czole abo co, ale do epoki to ma się nijak i raban o to był). Ale w końcu "do wielkiej wojny zbroja i miecz, a później karabin" to dewiza Holywood, a powszechna amerykanizacja postępuje w tempie kroczącym. Mózgów też. Dalej już tylko Kanada i Australia. To żaden rasizm ani nacjonalizm. To czysta statystyka. Taka sama jak ta, wg której w PL jest jeden z najwyższych wskaźników umieralności po operacjach. Ale szukać proszę samemu, bo ja mam weekendy wolne.

    Komentuj (0)

    Slaba plec 24 września 2012, 11:14

    Z cyklu: J.K.Rowling


    Nie zaliczam sie. Moja rodzina z obu stron to historia silaczek i nadzwyczajnych kobiet. Nie znaczy to, ze wszystko szlo jak w filmach o super-bohaterach i ze nie bylo zalaman.

    Dlatego pewnie wkurza mnie (od dawna, gdyby ktos nie wiedzial) J.K.Rowling, ktora z jednej strony jest kobieta sukcesu, ktora pewnie musi miec - wybaczcie eufemizm i  wulgaryzm - JAJA. A z drugiej strony - ustawia kobiete ZA mezczyzna. Gupie babsko.

    Podoba mi sie, ze otwarcie przyznaje sie do tego, ze potrzebowala psychoterapii, zeby zmierzyc sie z naglym sukcesem. Gratuluje odwagi. Chcialabym miec okazji sprobowac, czy ja bylabym rownie silna, zeby wytrzymac zderzenie z wielkim sukcesem ;)

    Natomiast jej stwierdzenie, ze czula, ze musi zadowolic wszystkich i rozwiazac problemy wszystkich jest dla mnie kolejna oznaka jej slabosci - i mimo wszystko - braku owych symbolicznych jaj.

    O ile lubie czytac jej ksiazki i jestem zagorzala fanka serii (ktos jeszcze przegapil ten fakt? ;P), to jej wyobrazenie o roli kobiety w spoleczenstwie, do ktorego przyznala sie w ktoryms wywiadzie uzanje za obrazliwe. Gupie babsko.

    Pfi!

    Sobie powinna 50 shade's of Grey kupi, czy jak sié ten fan-fic nazywa. Równie dobrze mozna go umiejscowic w swiecie HP, co wielu fanow i tak robi. W ostrym stylu, psze pani.

    Merlinie Wielki, i ty na to wszystko patrzysz.

    No tak, w koncu Merlin to zasadniczo facet.

    -------------------

    Oraz dlaczego ownlog.com nie ma sledzenia komentarzy????

    Komentuj (1)

    Niesmak 24 września 2012, 16:42

    Z cyklu: Bez kategorii

    Mam mdlosci od tych pogawedek o pogodzie - autochtonski ekwiwalent polskich o polityce, tylko mniej pasjonujace, a wniosek jeden: wszedzie lepiej, tylko nie tu. Prawda goralska drugiej kategorii czyli swieta.


    Od pogody tez mam mdlosci, chociaz taka laskawa byla kilka tygodni z rzedu. Na chwile obecna - wsyztsko w normie. Leje, siecze, jest wietrznie, mokro i zimno. Jakbym sobie chciala nostalgicznego romantyzmu, to sobie wy-youtube-am stary, kochany "Here comes the Rain again" by Eurythmics. Na ekranie w zupelnosci wystarczyloby.


    Gdyby nie deficyt. Tak, W krainie deszczowcow DEFICYT wody jest tysz. Deficyt WODY tysz.


    To niech leje, lepszy Eurythmics ni Diuna Herberta.

    Komentuj (0)

    Rzady lagodza dyktature piosenki 25 września 2012, 13:07

    Z cyklu: Bez kategorii


    "Jezu jak sie ciesze,

    z tych krociutkich wskrzeszen..." itd.

    Poza tym jednakowoz dzien deszczowca i dzien zolwia (pasuja do siebie przypadkiem). Zolwia - tego od Mleczki.

    Ciekawe, czy ktos poza aniu46 kojarzy do czego pije tytul. Zakladam, ze aniu46 kojarzy od razu i bezblednie.


    ----------------------


    JKR twierdzi, ze kobieta slabsza jest. W ktoryms z wywiadow sfilmowanych (chyba jest jako dodatkowy material na dvd, ale nie pamietam, na ktorym - mam wrazenie, ze to bylo ostatnie z serii ) wprost dala temu wyraz, chociaz nie jestem w stanie przytoczyc slow. Sam fakt, jaka role pelnia kobiety w jej ksiazkach - ktora z nich zajmuje kierownicze stanowisko? Sami faceci sa w akcji, babki sa w tle!


    Rowniez sama siebie przedstawia, jako zalezna od mezczyzn i bez takiego - niepelnowartosciowa, takie daje mi wrazenie. W moim odczuciu to wynika z kultury, w jakiej zostala wychowana - brytyjskiej, z silnymi nalecialosciami iberyjskmi, gdzie, jak rozumiem przebywala (a moze i nie, UK czy tez Irlandia wystarcza, zeby mozg  w jajecznice przerobic! pfi!). To jest spoleczenstwo NADAL patriarchalne. Doprawdy, moze i u nas jest dyskrimnacja (jest na calym swiecie, moze poza Skandynawia), ale model wyspiarski doprowadza mnei do pasji szewskiej.


    Mimo ze buty sa jedna z tych niewielu rzeczy w zyciu, jakich jeszcze nie probowalam sama robic. Bo ja jestem kobieta pracujaca i zadnej pracy sie nie boje.


    Tylko niektorych robot nie lubie ;P


    Oryginalnego artykulu znalezc nie moge, wcielo, ale tu jest wiekszosc - ale w nim malo sie znajdzie jej opinii o kobietach; ponoc w ksiazce wyraza swoje zaniepokojenie brakiem rownosci. Hahaha.


    http://www.independent.ie/world-news/europe/rowling-turned-to-therapy-over-her-struggle-with-success-3236971.html


    Zazdroszcze jej? No, na pewno niektorych rzeczy - niekoniecznie pieniedzy, chociaz tez by mi sie JESZCZE stabilniejsza pozycja marzyla ;) Gupie babsko - nie tylko z tego powodu; HP 6 i 7 to jakas totalna fikcja! BUAHAHAHA.

    Komentuj (2)

    Od przysłowia do przysłowia czyli był sobie dół 25 września 2012, 22:01

    Z cyklu: Bez kategorii

    ...i się zasiedział. I się nie chce wynieść.


    Na chwilę obecną zaparł się i siedzi.


    Jak poinformował nas niby żartem mój były manager w 2008, światełko w tunelu zostało wyłączone  w  ramach oszczędności na czas kryzysu. Kryzys ma się lepiej niż mój dół, więc cóż mi pozostaje zrobić - umoszczę się w nim i może jakoś przeczekam znowu do leszych czasów, robiąc swoje.


    Mam tylko taką cichą nadzieję, że nie przegapiłam. Nadzieja zaś matką, jak wiadomo....


    Z Połowicem nie ma co się troską dzielić, bo potem jeszcze jego z deprechy muszę za uszy ciągnąć, jakby mojej było mało. Wystarczy nam ta jego. :(


    -----------------------


    Nigdy jakoś nie umiałam chować emocji, jak mi źle, to mi źle, dlaczego mam udawać, że mi dobrze (no chyba że w Celu Szczytnym Jakimś). To, co o mnie myślą inni mam w dupie tylko poniekąd. Chciałabym, żeby ludzie wiedzieli, ze złe intencje mam tylko jak jakiś patałach łazi/jeździ zygzakiem przede mną po ulicy i drogę blokuje, jak ja mknę z podświetlną w Innym Szczytnym Jakimś Celu. Ale jak ma człek powód, to moge wybaczyć nawet przed momentem żółwia. Potrafiłam beczeć na ulicy (łaziłam naonczas bocznymi), jak się wkurzam, to pyskuję i klnę z letka (tu mocno, nawet nie wiem, skąd umiem, a jaką nieraz inwencję zademostruję!), jak się zetnę z Połowicem, to nie rozumiem, dlaczego mam przed innymi udawać grzeczną i kochającą małżonkę, skoro szukam na szybko pierwszego lepszego narzędzia zbrodni (a Połowic miewa momenty - choć kompletnie niezamierzenie i zawsze się tym okropnie gryzie. Później, rzecz jasna.).


    Ileż przez to w dupę dostałam w życiu, nie wiem, nie zastanawiałam się! Może akurat mi to na dobre wyszło? I co więcej, cenię tę cechę. Staram się mieć wiele dystansu i do wielu rzeczy mam/ nabyłam/nabywam. Ale DLACZEGO - naprawdę DLACZEGO mam przywdziewać maskę, zwłaszcza przed osobami, które są bliskie mojemu sercu???? Tym bardziej przed obcymi, których moja osoba nie obchodzi w najmniejszym stopniu. Zakładając zachowanie w przyjętych w naszym kręgu kulturowym normach społecznych. Nie uważam, że przywdziewanie maski jest normą społeczną. Może łatwiej byłoby nam się komunikować, może mniej byłoby nieporozumień, a więcej pozytywnych interakcji? Wsparcia, serdeczności, zamiast dogryzania, zawiści, przepychanek? ależ wiem, że jestem idealistką, ale nie widzę, w jaki sposób maskarada ma nas przybliżyć do społeczeństwa idealnego. Nie rozumiem, dlaczego dorosła osoba miałaby nie podskoczyć z radości czy nie wykonać piruetu, kiedy chce dać wyraz radosnej energii i ździebko rozładować jej nadmiar, skoro to nikomu krzywdy nie robi. Przecież ani samo ODCZUWANIE, ani pewna DEMONSTRACJA UCZUĆ nie oznaczają niedojrzałości - ani dojrzałości.  To przesądzi raczej sposób radzenia sobie z sytuacją.


    Zgoda: aresja i złość są niebezpieczne dla otoczenia i najbliższych z banalnych przyczyn, można coś "palnąć", jakże często się zdarza (jak ja dziś palnęłam! sama sobie w gardło chciałam słowa wsadzić, jedno, głupie słówko - i to bynajmniej nie było ani w złości, ani w jakichkolwiek emocjach, zwykła pogawędka, po prostu palnęłam coś zupełnie niezamierzenie, lapsusik, wredny, śmierdzący lapsusik! Nawet mi do kontekstu to słówko nie pasowało, a się bydlę wsadziło... Nie mogę sobie darować). Ale też okazywanie emocji ZANIM pojawi się złość i agresja może wrecz zapobiec ich ojawieniu się. Mówimy naturalnie o jednostkach i całym społeczeństwie wysoce empatycznym.


    Pełnym koticzek.


    No dobrze, to BYŁ głupi żart. To był GŁUPI żart.


    Ktoś mi kiedyś wyrzucił, ze życie to nie teatr. Właśnie nie. To ów człowiek widocznie tego nie rozumiał, nie ja. I zamienił życie w sklep. A niech mu się wiedzie. Może kiedyś i mnie się jego powodzenie jakoś przyda, nigdy nic nie wiadomo :)


    A zatem mam sobie doła i sobie będę mieć. Bo czasem lubię MIEĆ (jako że takie MIECIE czasem wychodzi, a czsem mniej), zwłaszcza że BYĆ mi ostatnio nie wychodzi. W związku z czym idę przejrzeć program festiwalu teatrów, bo bilety tanie jak barszcz, trzeba skorzystać, jak dają. Zawiodła mnie Anna Arkadiewna Obłońska de Karenin, to soie poszukam czegoś innego duszoszczypatielnego (w kinie taka mi przyszła między innymi myśl, że krwi się nie da oszukać, że ja nie należę TU, tylko TAM, jak źle by nie było, ale do tego trzeba się emigracją przejeść).


    I chętnie zatrudnię informatyka, żeby mi stronę zrobił, tylko najpierw muszę wygrać te 30 milionów €. Ciekawe, czy zakupienie tzw. zakładu/kuponu zwiększyłoby w jakiś sposób moje szanse. Ale popołudnie z marzeniami było fajne i ciągnęło się aż do końca zabudowy, bo takie cztery segmenty by się przydały, przy czym jeden trzeba będzie dobudować, tylko jeszcze nie zdecydowaliśmy do końca, z której strony. A u człowieka, który zamienił życie w sklep mogłabym składać zamówienie na wykonanie podelementów abo co, się by obojgu wtedy przydało. I jeszcze nie pamiętam, jak zmniejszyć domyślne odstępy między paragrafami na blogu, a książka - w najlepszym razie - w BB.


    Narzekałam, że fajny nowy blog, a nie wiem, co by pisać, a tu mnie dorwała biegunka myślowa. Dobrze, że tylko myślowa, zwłaszcza, że nagła!

    Komentuj (1)

    Blog.pl - ALE WTOPA 28 września 2012, 00:21

    Z cyklu: Bez kategorii

    Posypał się stary serwis, zaspamowane na amen komentarze, szablon jeździ jak dziecko pierwszy raz na łyżwach.


    Spanikowałam, bo jeszcze nie skopiowałam całego bloga. Kiedyś go przeniosę, niekoniecznie tutaj, bo to jest inna historia. Mam nadzieję, że historia, a nie przelotna przygoda. Podoba mi się tu.

    Komentuj (0)

    Toksyczny poniedziałek 01 października 2012, 12:06

    Z cyklu: Bez kategorii

    Weekend pozytywny, domowy, ciepły, rozkosznie nudny, kulinarny (bigos i „schabowe mieszki jarzynowe” – do poprawki;). W sobotę bez większych emocji mija łama wystawy z przecenami i nowościami, nie skusił mnie żaden sweterek ani torba w przyzwoitej cenie, nie chciało mi się, nudziło mnie.

    Poniedziałkowy poranek. Żądza zakupów. Kuszą sekcje mody w njusach, kolorowe obrazki z kieckami, wystawa przypadkiem zoczona z tramwaju nie opuszcza moich myśli i ta brązowa, tania (boś to Pennys czyli Primark) sukienka, pewnie tandetna. I nie wiem, czy potrafię sobie odmówić. Raczej odmówię sobie zakupów spożywczych niż tej brązowej, taniej, tandetnej szmaty, która nawet nie pasuje tak do końca do mojego stylu.

    Moja praca jest toksyczna i kosztotwórcza, jak widać.

    Powinnam dostać specjalny dodatek, doprawdy. Od razu pobiegłabym go wydać.

    Ponadto – weekend był nad wyraz twórczy i owocny: zabezpieczyłam resztkę starego blogu (na razie word, żeby zachować linki) – jeszcze czekją mnei komentarze; wszyte rękawy do – teraz już KURTKI Połowica oraz wiem, co było nie tak w mojej historii i wreszcie z nią ruszę – tak około 1/3 do wywalenia – hahaha. Od początku czułam, że coś nie tak, ale nie wiedziałąm do końca co, a raczej JAK.

    Który to już rok ona mi się kłębi... I nawet nie mogę z tego zrobić ani jednego odcienia! Hłehłehłe. Może i lepiej dla literatury. Nobla za to i tak bym nie dostała, a poczytać będzie ją można za darmo, jeśli kiedyś wreszcie skończę!

    Komentuj (0)

    Chcemy być sobą, chcemy być sobą wreszcie... 03 października 2012, 13:41

    Z cyklu: Irlandia

    ...taka piosenka była.

    Jestem sobą, ale inni chcą mnie zmienić na lepsze. A ja chwilowo jestem zadowolona z mojej jakości i nie uważam, żeby konieczne były jakieś poprawki. Ani w wyglądzie, ani w zachowaniu (grzeczna jestem na ogół, a przynajmniej ostatnio), uważam, że mi wykształcenia i doświadczenia na chwilę wystarczy (daj, Merlinie....), nie mówię, że już nigdy się nie będę szkolić! Ale na razie nie chcę.

    Mam swoje gusta i guściki, wolę polskie żarcie niż tutejsze i nie smakuje mi od ajriszowego rzeźnika, bo mi śmierdzi. Może dlatego, że nie ma antybiotyku albo ma mniej. I innych ulepszaczy. A polskie ma – i traci posmak. I dobrze. Nie zamierzam kosztować jagnięciny, bo dla mnie to JEST różnica, że świnka ubita jest dorosła, a taki cielaczek czy baranek nie jest. Nawet chciałabym zostać wegetarianką, ale mam bardzo silne zapotrzebowanie na zwierzęce białko. No tak, i smakuje mi. I skórę i futerka też doceniam, bo się przekonałam, że sztuczne nie jest tak dobre, niestety. Jestem samolubnym barbarzyńcą, który nie chce iść zrobić badań krwi na wszelki wypadek, bo nie czuję takiej potrzeby.

    Nie chce mi się iść do dentysty, bo mnie zęby nie bolą. Nie wstrzyknę sobie botoxu, bo uważam, ze dość jest na świecie plastikowych lal. Nie chcę kolejnego fakultetu, (czy mi sztarczom, po czo kolejny), szkolenia i jakichś irracjonalnych irlandzkich punktów. Mogłabym się przejść na szkolenie dla dorosłych, gdzie nie trzeba na siłę udowadniać, że opanowało się kawalek wiedzy, który KTOŚ OBCY uznał za potrzebny dla mnie, bo mam pewien niedosyt wiedzy w określonych strefach.

    Mam swoją malutką niszę i domagam sie moich nieodwołalnych praw w jej ramach, w tym prawo do nie bycia popychaną i nadeptywaną – oferuję czasowe dobrowolne udostępnienie niszy w ramach zaistniałej potrzeby na zasadach ogólnie pojętej uprzejmości ludzkiej – ale domagam się zwrotu w stanie, w jakim została udostępniona.

    Jest mi w sensie ogólnym dobrze w tej niszy, w miejscu, w którym jestem i z tymi, ludźmi, których zaakceptowałam, przyjęłam w mój krąg, w tym zwłaszcza przyjaciele, bliscy, rodzina (porządek taki - bo brzmi ładnie). Są jacy są, domagam się pewnej dozy tolerancji.

    Lubię PC, nie podziwiam apple’a (może za wygląd czasami, ale lap topy potrafią być jeszcze ładniejsze!), podoba mi się pomarańczowy i chętnie nakleiłabym sobie coś tandetnego na lap top, a zostawiła folię ochronną.

    Jest mi zimno poniżej 21 C – zawsze było – i nie uważam, żeby to było coś złego. Jak innym nadmierne ciepło przeszkadza, to się doubieram, chociaż niekoniecznie czuję, że muszę z tej racji siedzieć w temperaturach około zera absolutnego.

    Mam alergię na jakieś coś, ale w chwili obecnej nie kicham, więc czemu mam się przejmować.

    Moje kolorowe rajstopy nikomu krzywdy nie robią (poza środowiskiem), więc dlaczego nie nosić.

    Wolę na śniadanie słodką drożdżówkę i służy mi ona do popołudnia, kiedy zasadniczo powinnam jeść obiad, nie znoszę sztucznych witamin, zwłaszcza do picia, i uważam, ze żarcie zrobione w domu, zwłaszcza, że polskie, jest zdrowsze. Czekolada ma swoje wartości, masło też i zamierzam je nadal jeść, nawet jeśli mi je na siłę posolą.

    Polska szynka lepsza jest i basta, a ta ze sklepu w Leixlip zawiera ponoć 90% mięsa i dopóki mi tego ktoś nie udowodni powołując się na jakieś w miarę wiarygodne badania (oficjalne, instytucjonalne najchętniej), będę wierzyć, że lepsza jest od sklepowej irlandzkiej.

    I będę siedzieć i marznąć, jak zwykłam od tych czterech dekad, zamiast marnować czas i pieniądze na lekarzy, którzy powtórzą, że mam niskie ciśnienie i takie sobie krążenie.

    W soboty i niedziele będę starała się odsypiać, bo od czterech dekad to późny wieczór i noc są dla mnie najlepszą porą, wtedy mam najciekawsze pomysły i największą ochotę coś robić, a rano jestem flak. Ktoś wstaje rano, to niech leje jak z cebra, jak mawia staropolskie przysłowie (ten to przytoczony kawał sobie można spróbować wygooglać – pewnie z Jasiem Masztalskim będzie), ale nie trzeba mnie od razu wtedy budzić, jeśli nie zachodiz taka konieczność. Wolonatrystycznie moge wstać czasem na potrzeby wycieczki, ale nie znaczy, że musi mi to wejść w tę leniwie płynącą krew, prawda?

    Poza głównym wątkiem: Jestem osobą, która do myśli logicznie i na takież argumenty jestem podatna; wbrew pozorom daję się przekonać, czasem próbuję. Argumenty mało logiczne lub naruszające wolny wybór odrzucam. Ustąpię czasem przed siłą, ale mam zasady i staję w ich obronie – jedną z nich jest to, ze inni powinni mieć prawa nie mniejsze niż moje, niektórzy większe z różych przyczyn (w tym np. niższa sprawność). Ale jeśli ja mogę coś zrobić, to ktoś inny zasadniczo też powinien być w stanie, o ile nie jest w mniej uporzywilejowanej sytuacji.

    Już chyba nie mam ambicji zmieniać świat na lepszy, za to bardzo chciałabym zminimalizować mój negatywny wpływ nań.

    Sobie jestem, trochę pomocna, trochę staroświecka, trochę nudna, z odciskami, zezem i nie-sportową, ale nie taką znów złą pupą, z wielkimi uszami – znakiem markowym i dumą rodziny po mieczu (pewnie i tak nie każdy przodek tak myślał!); staram się nie wadzić nikomu (w praktyce oczywiście to abstrakcja).

    I dobrze mi z tym, zwłaszcza że kiedyś każdy ideał przestaje być perfekcyjny, a wiele sięga wręcz bruku. A ja już mam doświadczenie, jak to jest idealnym nie być i sobie z tym radzić. A ideały, zwłaszcza te, które się na ideały tak ciężko musiały lansować, niech się uczą. Dobrze mi z taką, jaka jestem, z tym balastem przyzwyczajeń i upodobań, bo one mnie tworzą, razem z ziębnięciem, późnym wstawaniem i upodobaniem do jałowego żarcia i domowego chleba wypiekanego samodzielnie nocą (tak na marginesie to dopiero frajda, niefajne jest tylko wstwanie rano potem, porównać by właściwie można do kaca).

    Wkurza tylko, że muszę ciągle bronić tej siebie i to w tak totalnie nieingerencyjnych punktach.



    Więc w tych rejonach, gdzie to nie koliduje z niczyim interesem, drodzy ulepszacze, odpierdziulta wy się wszyscy ode mnie,a wszyscy będziemy szczęśliwsi, radośniejsi i mniej zestresowani.



    I - tak, zgadza się, nie podoba mi się tutaj i chcę wracać, tylko ryzyko z tym związane uważam za trudne do zaakceptowania w obecnych okolicznościach przyrody i gospodarki, bo to już JEST ingerencyjne dość daleko poza moje wyalienowane z rozentuzjazmowanego tłumu jestestwo.

    Komentuj (0)

    Ring otwarty 03 października 2012, 14:09

    Z cyklu: Irlandia

    Nihil novi, np. wprowadzane beda oplaty za wode wysokosci szacowanej na podstwie tych pary, ktorzy beda mieli zamontowane wodomierze - akurat wierze, ze te bydlaczki beda oszczedzac; tna zatrudnienie wzdluz i wpoprzek, obcinaja dodatki za dzieci - pomijajac fakt, ze podobnie jak wielu czlonkow tutejszego spoleczenstwa tez nie rozumime, dlaczego mam utrzymywac CUDZE dziecko, na ktorego chamskie zachowanie nie mam wplywu - a nie tak danwo mi taka paroletnia gowniara dla zabawy kopnela reklamowke,w ktorej niczym zgnile jaja nioslam unikalne ciasteczka z targowiska. Odwrocilam sie i zapytalam smarkata, czy mam oddac i jakby sie czula, gdyby ktos jej ciasteczko kopnal. Nie skojarzylam wprawdzie, ze ciasteczka sa zapakowane i niewidoczne i ze smarkata musialaby byc Duchem Swietym, a nie byla, ale to detal. Za to reakcja mamusi, ktora zaczela sie dobrodusznie smiac natchnela mnie pragnieniem kopniecia ja w jej ciasteczka. Takie obcinanie pociagnie za soba dalsze oszczedzanie, spadek sprzedazy, a dalej - zwiekszenie bezrobocia i zaostrzenie depresji. Normalnie, jak to w socjalizmie ;P

    Kontrargument mojej niemal 20 lat mlodszej kolezanki na moja zatroskanie takimi paskudnymi njusami Wyspowymi, gdzie pedze moj marny zywot we wzglednym dostatku, przywiodly mi na mysl boksera podczas walki, ktory przypadkowo nie znalazl sie na drodze lewego sierpowego i swietuje, ze w morde nie dostal.

    Komentuj (0)

    Chce mi się wyć albo dywagacje o fizycznym środowisku pracy - malkontenctwa ciąg dalszy 08 października 2012, 18:47

    Z cyklu: malkontenctwo

    Jestem daleka od perfekcji. Mam zeza, leniwe oko i spieprzony wzrok w tym "dobrym", który to psuję dalej przydługim użytkowaniem komputera, czytaniem w złym świetle. Mam alergię i łapię łatwo infekcje (ostatnio). Mam reumatyzm, marznę łatwo, mam niskie ciśnienie i zdaje się krążenie takie sobie ztendencją zniżkową. Jeśli siedzę daleko od okna, to mam kłopoty ze wzrokiem. Przy oknie jendakowoż jest spierdniczona klimatyzacja, która czasem wieje powietrzem arktycznym, czasem tropikalnym i nie jest uwzględniana w żadnej pogodynce.
    Minęły 2,5 godziny od powrotu od lekarki. Było mi nieźle. A teraz czuję się znowu chora. Mam dość życia na pigułach przeciw alergii, kichania i płakania na tej zafjdanej wyspie, niszczenia sobie śluzówki sprayami obkurczajacymi i chcę móc robić makijaż i nie zastanawiać się, czy spłynie przed lunchem czy dopiero po.

    Znajoma (kandydatka na psiapsiółkę, jedyna w Eire) się nabija i wyrzuca mi malkontenctwo. A ja byłm naprawdę szczęśliwa, kiedy wyłączyli to gówno na pół roku. Nade mną jest teraz pieprzona dziura, bo zdjęli panele z racji, że sufit przeciekał - deszcz zawiewa do środka. Akurat nad moim byłym miejscem. Siedzę teraz dalej od klimy, ale i tu ją czuję. Mam też mniej naturalnego światła, za to kilka świetlówek nade mną. Przepisowych, parami. oprawionych w lustra. Pewnie tych energooszczędnych, wydzielających promieniowanie elektromagnetyczne, oskarżane o migreny i raka - hehe. Jak wyginęły mamuty? Na ścieżce postępu cywilizacyjnego, naturalnie.
    O, właśnie afrykańskie prądy zawróciły i teraz dla odmiany jest chłodno, chłodniej, epoka lodowcowa 3 i 1/2. Dlaczego? Że pogoda się zmieniła? Temperatura? Nah, a skąd. Bo tak i już; a właściwie to jak z moimi helikopterami - czyli nikt nie wie dlaczego. Co nas nie zabije to nas wzmocni? Hm, na razie to zaledwie rujnuje mój system immunologiczny i przyprawia mnie o zapalenie spojówek od kurzu, pleśni, bakterii...

    No bo co ja mam, kurdesz nad kurdeszami zrobić? Zmienić pracę przez klimę, której irlandzcy partacze nie potrafią naprawić? Chyba na to wychodzi. Pójdę do innego zakładu. Z inną klimą. Może gorszą. Z takimi szujami jak dawna koleżanka Rachel, niech ją lud Kazachstanu czci i wielbi, o ile ma za co, a bank niech jej da jakąś dyspensę na jej hipotekę wziętą w okresie szczytu cen i dobrobytu, bo to w 2006 było, współczucie (wartość domów spadła o połowę mniej więcej).

    Staram się filtrować język. Nie chcecie nawet znać wyrazów, które mam na myśli. W conajmniej dwóch językach.
    Jakbym nie miała innych, poważnych problemow, to jeszcze to.

    Rozwiązanie jest. Tylko jest letko karkołomne :(((
    Tymczasem chyba będę komuś płakać w rękaw z HR-u. Jerzu, jak w tym kraju ma nie być kryzysu i jakim cudem przez chwilę byli pokazywani jako wzór, to tego Merlin Wielki sam nie wie.

    Komentuj (0)

    Fiat lux! 09 października 2012, 13:56

    Z cyklu: malkontenctwo

    Przeniosłam się bliżej okna, oczy lepiej, helikoptery wylądowały, chociaż czuję, że śmigła jeszcze się kręcą w gotowości. Więc jednak światło.

    Nie mogę się skupić, klima rozprasza tyle hałasem, co i zmianami temperatury. Marnuję czas, czekając, aż bubki z Grupy Podtrzymywania Budynku zareagują i coś zrobią z północną bryzą, która za chwilę zamieni się w tropikalny monsun. Rzecz w tym, że i tak zaraz będzie ciepło, bo słońce się przesuwa za okno. Wolę się piec bez termoobiegu - grill może trochę zwęgla, ale mniej wysusza.

    Wiem, że polskiego pracodawcę można pociągnąć do odpowiedzialności za niewłaściwe fizyczne warunki pracy. Natomiast Irlandia jest na tyle zacofana, że temperatura 16 C w pomieszczeniach jest uznawana za normalna. Ciekawe, czy akty agresji wobec klimy i osób, które są odpowiedzialne za jej włączanie i wyłączanie też będą uznane za normalne. Jak posadzę sędziego na jedne dzień na moim miejscu, na pewno mnie uniewinni.
    Popołudniu jednakowoż nawet mnie potrafi być tu baaardzo ciepło, więc można oszacować na jakieś 25 do 27 C.
    Mam na sobie gruby sweter, grube rajstopy. W rękę prawą mi zimno. z lewej się pocę. Czy ten zakład jest irlandzki, szkopski czy chiński, bo to zakrawa na jakąś pieprzoną torturę.

    Klima to moje wielbłądzie piórko. Zastanawiam się, czy nie wolałabym piórka w... pupie. Wtedy z alternatyw zawodowych miałabym albo sceniczną karierę szansonistki albo pozasceniczną kury domowej. Nie wiem już sama, na ile mnie one pociągają, bo zmienne wiatry klimatyzacyjne mieszają mi myśli.

    Komentuj (0)

    Celtycki Tygrys 2012 11 października 2012, 17:46

    Z cyklu: Irlandia

    http://www.youtube.com/watch?v=Xrz0uuC_Zi4

    Ponadto wygralam z dzialem technicznym. Przyszel ynzynier i wylonczyl.
    Wlasciwie to przyszedl taki koscisty chlopak, niczym student dawnej polibudy naszej, wlazl na drabine, zdjal kilka KOLEJNYCH paneli i skrecil sile dmuchawy nad naszymi glowami do minimum. Jest niezle. Wprawdzie w kosciach mnie lamie, w uszach poglos cymbalkow, ale nie dmucha. Bedzie dobrze.
    Troche mi wlasciwie szkoda, ze w pracy tak teraz cieplo po wizycie w sklepie i ogledzinach masy pyszystch, miesistych, przytulnych swetrow, glownie zreszta meskich, bo akurat po zlapaniu dawno planowanych kilku koronek dla siebie, szukalam czegos dla Polowica.
    Jesien przyszla, slotna, zlota, nostalgiczna, szeleszczaca ochrami i jaskrami pod stopami.

    O! Rymlo mi sie z tego wszystkiego.

    Komentuj (0)

    Jak dobrze wstac skoro swit i isc ciagle isc w strone slonca 12 października 2012, 13:02

    Z cyklu: foto

    Ide w strone slonca do roboty i do domu :) I juz mamy okreslone kierunki. Wprawdzie kompasem trzeba sie teraz poslugiwac ostroznie (moze moje krecenie wynika z ruchow pola magnetycznego Matki Ziemi???? buahaha), ale zawszec.
    Efektem ubocznym, a moze raczej powodem, dla ktorego dzisiaj nieco zmienilam trase bylo wspaniale, ostre, iscie rownikowe slonce jesiennego pieknego dnia. Mam nadzieje, ze wytrzyma z takim niemal bezchmurnym niebem do jutra, bo sie wybieramy na wycieczke do Glandelough (albo jakos tak). Aparat naszykowany, moze kupie ekstra baterie. Przydalaby sie tez jeszcze jedna duza karta! :D
    A z dzisiejszego poranka i wczorajszego czerwonego, niemal krwawego zachodu fotki sa piekne, tylko je trzeba wrzucic. I moze przyciac.
    I kupic nowy aparat, ten juz zawija horyzont (moze zawsze zawijal, ale oprocz Polowica, Szwagra, paru talentow i zezowatego szczescia mam rowniez zeza i astygmatyzm, co bynajmniej mi nie przeszkadza, ale okresla moja tozsamosc).

    Niemniej. Jakiz ten swiat potrafi byc piekny.
    A potem zaczyna sie dzien.

    Komentuj (1)

    Co za dzień... :) 14 października 2012, 00:26

    Z cyklu: foto

    https://picasaweb.google.com/117068000321817805964/13thOctober2012WicklowGlendaloughAndIcecreamInBray

    A tu obiecany zachód słońca i jesienny poranek w dokach duplińskich:
    https://picasaweb.google.com/koticzka/11October2012DublinGeorgesDocks

    Komentuj (2)

    Nihil novi 19 października 2012, 16:28

    Z cyklu: Bez kategorii

    Odpowiedzi:
    Dziekuje za komplimenty odnosnie zdjec!
    Tez mi sie podobaja, ale sobie tak mysle, ze to nie tyle moja zasluga, co wzgorz Wicklow.
    Nie wydaje mi sie, zeby strona uciekala. Moze migac, bo sie gupi facebook laduje. W zasadzie nei uzywam, wiec rozwazam usuniecie tych linkow. Podobnie jak reklamy googla tylko zasmiecaja i utrudniaja. Przeciez i tak nikt z tego nie korzysta.

    O, robota mnie znalazla. Wiec krotko: dzien do tej pory pozytywny: 2 pouczki na sniadanie, jeden w czekoladzie, drugi z marmeladom. MNIAM.
    Potem jakos poszlo.
    Polowic juz prawie normalnie po rotawirusie czy norowirusie. Pewnie noro-, bo jak sie naszemu miejscu zamieszkania przygladam, to coraz wieksza beznadzieja mnie opada.
    Na chwile obecna wywieszam taka oto karteczke:

    ZARAZ WRACAM.
    Nieczynne z powodu ze zamkniete.

    Komentuj (0)

    Okruchy dnia 22 października 2012, 11:54

    Z cyklu: malkontenctwo

    Weekend niepozytywny, wymazany z wyszukiwarki (por. klopoty Google'a oraz oskarzenia o manipulacje algorytmem - jesli wola).
    W sobote wybralismy sie na zakupy z rodzina (bardzo milo z ich strony), tyle ze do Lidla i tyle ze nie do Leixlip, jak myslalam. Przegapilam, ze to jest wlasnie TO centrum handlowe z nowym Polonezem - Polonez sliczniutki, czysciutki, pieknie zaopatrzony. Przeplacilismy niestety za mase niepotrzebnych Lidlowych smieci, niewiele kupujac, bo profil sklepu nie do konca "moj".

    Wlasciwie czemu nie wlaczyc na chwile polskiej czcionki?

    Wolę mięcho na wagę, a nie pakowane i poszatkowane uprzejmie, warzywa i owoce troszkę w Lidlu inne niż kupuje tzw. przeciętna konserwatywna polska gospodyni, przewaga pół-gotowych dań, które wyklęłam z naszej kuchni. Za to rzuciłam się na głupie słodycze Haloweenowe, które zresztą były głównym pretekstem wycieczki.
    Efekt taki, że wydaliśmy masywną kwotę na niepotrzebne rzeczy (w pełnej świadomości ulegając trikom sprzedaży detalicznej łącznie z zapachem chleba przy wejściu, banał; na szczęście bułki były na liście i tak). Natomiast nie mamy właściwie atrakcyjnego mięcha na dzisiejszy obiad. Połowic jeszcze w nienajlepszej formie po 4ch dniach ścisłego postu (tosty i przegotowany seven up; powoli wprowadzaliśmy urozmaicenie), więc gotować mu się też nie chce, zwłaszcza, że nic ciekawego nie ma.
    W związku z Połowicowym rota czy norowirusem nie zaplanowaliśmy nic na weekend poza kinem.
    Do którego się nie wybraliśmy po zmianie wody w akwarium, bo Połowic o 16 PM czasu lokalnego stwierdził, że za późno. Dobrze, prosze bardzo, ja zawsze mam sporo do zrobienia. Np. pranie zaległe. Za które się zabrałam. Włączając mniej więcej w porze niedzielnego obiadu.
    A były schabowe.
    W bułce twarej, normalnej takiej.
    Na gorące życzenie Połowica, który po wirusku żołądkowym spragniony jest normalności w kwestii odżywiania.
    po której umyłam talerz w naszym zlewie.
    I po którym to umyciu woda nie chciała zejść.
    Mimo, że wszystkie obierki grzecznie powybierałam, bo raz go zapchałam i Połowic musiał naonczas trochę porozkręcać.
    Ale się zwykle przepycha, bo ruła*) jest odprowadzona na zewnątrz, wylot nad kratką ściekową, więc widać, kiedy wodę odkręcamy. Irlandia, nie?

    Zwłaszcza się przepycha, jak pralka popchnie.
    Ale tym razem się nie chciało przepchać.
    Zamiast tego zrobiła się mała fontanna. Na szczęście woda nie trysnęła w górę.

    Z obawy o pranie nie przerwałam prania, tylko inteligentnie wybierałam ścieki ze zlewu garnkiem do miski, do wiadra, do miski, do wiadra.
    Cały czas mając nadzieję, że wreszcie pójdzie.
    Poszło. Przy ostatnim płukaniu.
    Coś się porobiło, nie wiem którędy, ale woda poszła sobie gdzieś koło tego garnka, miski, wiadra i ruł*).
    Poszła sobie do szafki pod zlewem, która jest głównym składem makaronów i kasz - kuchnia irlandzka, nieustawna (chyba nieułożna, bo postawić to już tylko szklankę na tym samotnym, pojedynczym blacie) i ciasna, więc praktycznie innej szafki nie ma i nie bardzo jest gdzie być. Zalało kasze, trochę makaronów, na szczęście nie dotarło do mąk i nie zalało grzybów suszonych polskich, rodzimych przez aniu46 skrupulatnie zbieranych, bo też w szklanych słojach je trzymam, żeby ich wilgoć nie żarła.

    Ja walczę z garnkiem i wodą, Szwagier z miską lata, ręce mu się trzęsą, a Połowic usiadł na kanapie i zabrał sie za czekoladowy batonik. I to też nie pierwszy (i nie ostatni tego dnia).
    Którego, jak się potem okazało, i tak nie lubił.
    Chryste, znaczy, cierpliwości.
    Aż tu nagle łup, bęc! Bul-bul-bul! POSZŁO! Zlew się przepchał. Przy ostatnim płukaniu.
    Zawartość szafki uratowana, za to obok pralki, która w kuchni stoi i która miała ów zlew przepchać, pojawia się kałuża.
    Szczęśliwie tylko malutka była i to z tego dolnego zbiorniczka na zagubione guziki i wcięte skarpetki, który od czasu do czasu trzeba przeczyścić.
    Zatem czyścimy zbiorniczek, powoli. stopniowo odkręcamy, upuszczając wody i szybko wycierając, bo bydlę jest tak nisko, że niżej już tylko piekło, tuż ponad naszą kuchenną podłogą zresztą. I nagle stop, odkręcić się dalej nie da. Coś blokuje. Po półgodzinnych manipulacjach, biciu niewinnej pralki, ofiary przemocy domowej, by to coś w środku przeskoczyło, udało mi się jakoś przerzucić te blokujące od środka... dwie monety jednocentowe.
    Wielkości jednego grosza, jeśli ktoś nigdy tego drobiazgu dojrzeć nie zdołał.

    Opieprze były dwa: za nieharcerską i antyspołęczną postawę oraz za niewłaściwe podejście do odżywiania i diety. Nie tylko w świetle pobolewającego z letka*) ciągle żołądka, ale też ogólnych obaw Połowica o jego stan zdrowia, żołądka, cukru we krwi (zwłaszcza w znaczeniu długoterminowym) itd. Ze skruchy i nerwów Połowic dostał refluksu, jak zwykle, potem ja dostałam wyrzutów, bynajmniej nie po mordzie, poczym Połowic dostał zwyczajowej herbaty (z mlekiem, w końcu Irlandia, nie?), która jest świetnym panaceum w jego przypadku, a potem ja dostałam ataku bezsenności.
    Na koniec dnia, przed barłogiem, w ramach sprzątania po całym dniu, Połowic grzecznie również posprzątał wywar, który z namaszczeniem przygotowałam na zupę jarzynową na dzień następny w ramach braku koncepcji prostego i zdrowego obiadu na zestresowany Połowicowy żołądek i który uchroniłam przed wszystkimi nieszczęściami i wypadkami w tym przed Szwagrem, który w ramach pomocy (jak Szwagra nie lubię jako współmieszkańca, tak przyznaję, że facet się stara i serce ma na miejscu, rozsądek tak jakby dużo mniej) często sprząta mi takie przygotowane rzeczy.

    Po bracie tak ma pewnie. Tak na marginesie, chyba mi w ten sposób sprzątnął trzy ściereczki, które rzuciłam w kąt do prania, bo je też zmoczyło. Takie bawełniane i lniane, nie papierowe. Takie, które ze mną trzy przeprowadzki przeżyły, a jedna z Włoch od bratowej. Takie z dziurami, bo je na siłę na haczyku powiesił, niczym Janosika za ziobro (ziobro z małej, nie za ZiobrĘ! Nie wiem, co Janosik właściwie miałby z Ziobą mieć wspónego, ale to nie miejsce i pora na TAKIE dywagacje, może kiedy indziej, a może raczej nigdy).
    Do w pół do czwartej nad ranem głaskałam kota, który się wcisnął między nas. Nie tak długo, bo do barłogu, którego nie zmieniliśmy w wyniku wszystkich owych wydarzeń, jak planowaliśmy, zlegliśmy około 2 w nocy.

    Inaczej ja sobie niedzielne popołudnie i wieczór wyobrażałam. Niemal z tkliwością witam poniedziałek. Połowic chyba też.

    Teraz dostaję szału, bo chcę cofnąć czas, słowa, wydarzenia. Właściwie jedno tylko wydarzenie: chcę te *%$!@# okruszki po schabowych wywalić do kosza, nie spłukiwać.
    A do Lidla chyba nawet podchodzić nie będę. Profilaktycznie.

    *) zamierzone; w przyszłości będę rzadziej wyjaśniać.

    Komentuj (1)

    Jak dobrze wstac skoro swit 24 października 2012, 10:21

    Z cyklu: malkontenctwo

    Wlasnie sobie uswiadomilam, ze teraz znowu tak bedzie przez pol roku - szaro, zimno, mokrawo, a nawiekszom atrakcjom (doprawdy, musze wlaczac czasem polskom czcionkem) bedzie przymrozek nad ranem :/
    CHYBA ZE... spelnia sie ZLE prognozy o ciezkiej zimie. Zima zaskoczy jak zwykle drogowcow.
    Ten, kto w PL mysli, ze zima zaskakuje naszych nie przezyl opruszenia stolycy Zielonej Wyspy, celtyckiego tygrysa...
    A propos tytulu piosenki, za ktora sie kajal publicznie moj ulubiony autor, to podobno jakis swit nastapil jakis czas temu. Zasadniczo mozna przegapic. Wyglada na noc arktyczna raczej. Tylko zamiast krolowej sniegu sa same utyte, niedomyte i obrazone Sniezki.
    Ale poza tym pozytywnie, umylam leb, mimo tego zlapalam poranny przyspieszony bus, dojechalam o przyzwoitej porze, nie jest zimno, klima dalej wylaczona. Zyc nie umierac, ide po kawe, ktora mamy za darmo. Kaprysna jestem, bo wlasnie pracownica firmy utrzymania budynku pojechala z wozkiem, na ktorym wozi kawe i herbate - a ja wole latte, bo ta kawa za mocna dla mnie :) Jutro odswiezenie stanu konta. pojutrze wypad do teatru w krypcie kosciola (to chyba raczej jakies cos inne, nie do konca przedstwaienie....) (i o ile sie Polowic, tfutfu, znow nie rozlozy, bo zoladek dalej ma niewyrazny, ale w paitek rano ma wizyte zamowiona na badania krwi pod katem tarczycy i innych swoich dupereli, moze sie da skonsultowac i to). W sobote wypad do miasta, moze zahaczymy, jak bedziemy w humorkach, o kiermasz rzemieslniczy etsy u Bernarda Shawa. Niedziela jak na razie cicha, za to we wtorek teatr, w srode Haloween, a poniedzialek wolny.
    I ja smiem na cokolwiek narzekac?! :))))

    Streszczenie notki: ciemno dzis. Dzien wydluzy sie w sposob znaczacy okolo marca. Wystapienie opadow atmosferycznych bardzo duze; opadow sniegu znikome. Z tej racji w porzypadku opadow ww. sniego moga nastapic utrudnienia na drogach.

    Komentuj (0)

    Dziwnie 25 października 2012, 00:51

    Z cyklu: malkontenctwo

    Dzień pełen zwariowanych myśli, dziwnych wiadomości, artykułów, postanowień.
    Bardzo dziwny dzień.
    Dzień, kiedy włączono światełko w tunelu. Ciekawe, czy to nie pociąg na torach! XD
    To może pozytywnie postaram się dotrzeć do barłogu o jakiejś godzinie dającej szansę wstania w przytymności umysłu po tych kilku minutach drzemki... ;>

    PRZYblokowałam na starym blogu komentowanie, bo zalewa mnie nadal spam. BARDZO irytujące.

    Komentuj (0)

    Cudze tęsknoty 25 października 2012, 10:54

    Z cyklu: Bez kategorii

    Ja rozumiem, że miewam chandry w okolicach wyjazdów (najczęściej po). Ale SWOICH.
    Tymczasem znajoma wróciła z Polski, a ja mam chandrę (ona najwyraźniej też, ale to inna bajka i nie moja).
    Natomiast znamienny jest ten oto cycat:
    "oraz bylam w zlotych tarasach i naprawe czulam sie jak dziecko ze wsi, ktore przyjechalo na wycieczke autokarowom do stolicy."

    Znajoma owa, podobnie jak my, mieszka w Duplinie.

    (Znaczy pod, ale się zalicza jako. Zasadniczo. Kiedy mieszkałam w Wapienicy, to też mówiłam, że w Bielsku, prawda? Chociaż to chyba się ma nijak, w końcu porównujemy Irlandię z cywilizowanym światem, więc już sama nie wiem)

    Poza tym przygotowąłam sukienkę na piątkowy wieczór. Jest to sukienka, którą nabyłam na studiach, mała czarna, którą ozdobiłam idąc z duchem Haloween, czarnymi koronkami. Mam jednak skrupuły, bo wprawdzie rozmiar OK, ale wypukłości w okolicach siedzenia trochę zmieniły szyk... No nie wiem, jeszcze się poobglądam, ale z okazji że to Eire, to może jednak jeszcze raz ubiorę ;)

    Komentuj (0)

    Zlota jesien 26 października 2012, 11:18

    Z cyklu: Irlandia

    Wprawdzie pogoda w ostatnich dniach parszywa, ale pieknie bylo dlugo i sobota ma byc mila (przeciera sie wlasnie, jest zapowiedz przymrozkow, a ja w nich znajduje jakies perwersyjne upodobanie!) - ale nawet jakby mniej mila byla, to kolory wynagradzaj wszystko.
    Do Wicjlow wybralismy sie przedwczesnie, ale moze jeszcze sie uda wyciagnac Polowica - wszak to blizej niz nad morze. A krajobraz zapiera dech w piersi, nawet jesli przejazdzka bedzie tylko busem przez i pobyt tylko w Glendalough, gdzie, powiedzmy sobie szczerze, na te trzy godziny, ktore publiczny transport oferuje w ramach rozkladu jazdy autobusu, to lepiej zabrac jakas grubsza ksiazke...
    Ale nawet w miescie jest slicznie, a jazda obwodnica to sama przyjemnosc. Jest zloto, rudo, czerwono, zielono. Za domem rowniez piekny miedziany buk roni listowie i jest jak w bajce. Trzasnelam jakies dwie fotki, ale nie wiem, czy wyjda - mam nadzieje, ze tak, bo przepuscilam przez nie poranny bus przyspieszony!
    Jak dam rade, jutro poprawka, a moze trafie na sloneczny moment. Tylko Polowica trzeba bedzie ujarzmic. Jaka z niego jest zrzeda czasami, to trudno uwierzyc. I jak ja mam nie byc malkontentka? ;P

    Taka Irlandie moge lubic :)

    I wyciagnelam sztuczny kozuch Auchanowski czy Carefourowski, kto by to pamietal. I zimno mi w plecy w tym plastiku. No niestety. Natura to natura. Ale moze byc na chwile.

    ----------------------
    Pora lunchu
    Schowałam się w 90-tych, otuliłam myślami o mięsistych ciepłych swetrach i kominach, zasłoniłm wejście iężką, wzorzystą kotarą piosenki z danwgo filmu z długiej listy ulubionych, za oknem mojego schronienia wyczuwam wilgoć, ale w środku jest niezmiennie ciepło, przytulnie i bezpiecznie.
    Mętnie, w pół-śnie na jawie uświadamiam sobie, że trzeba uszczelnić cholerne dziurawe drzwi, bo palant, który je maźgrał lakierem zerwał całe uszczelnienie.
    Chyba skoczę po kolejną kawę zanim poleci mi od tego głowa.
    Analiza finansowa działa na mnie hiponotycznie, ale sumy kontrolne się zgadzają w granicach przybliżeń, przed którymi ostrzegają khem autorzy.
    Poza tym, tak naprawdę, jest mi zimno od okna, przed którą zupełnie teoretycznie powinna mnie chłodzić kurtyna ogrzanego powietrza z sufitowej klimy, a która okresowo miesza stchłe powietrze i obniża temperaturę o kolejny stopień. Nic to, po lunchu się nagrzeje i dla odmiany będzie podgrzewać, kiedy słońce już przechyli się na moją stronę budynku.

    Komentuj (0)

    Dzisiaj 01 listopada 2012, 10:53

    Z cyklu: Bez kategorii

    A dzisiaj jest znane w Eire z kaca po Haloweenowych dokazywaniach.
    Nie mam kaca, nie wzielam urlopu, wiec siedze w robocie.
    Moge sobie co najwyzej zrobic wirtualny krzyzyk i postawic pod nim wirtualna swieczke.

    Prawdziwe - po pracy co najwyzej.
    Tymczasem...

    ()
    []

    Gupio tak :/

    Komentuj (0)

    Żądza 05 listopada 2012, 00:31

    Z cyklu: J.K.Rowling

    Takie cóś by mi się chciało, oj chciało! ;)

    Poza tym byłam na Stich&Knit, gdzie tanio dawali dobrą włóczkę. Więc się wylogowuję, bo czeka na mnie kilka rozoczętych sweterków i pilny dla Połowica, obiecany hohoho temu. Tak, możliwe, że to hohoho czyli poprzednie Śięta i bynajmniej nie króliczkowe.

    Komentuj (0)

    W imię zasad 06 listopada 2012, 16:41

    Z cyklu: malkontenctwo

    Poszłam po pieczywo. Bułkę kajzerkę chciałam. Albo bagietkową małą.
    Nie ma. Są teraz inne, duże, bardziej nadmuchane (więcej efektu i skórki, mniej pieczywa). W 3 czy 4 różnych kształtach. Kupiłam dziwną, ciemną, posypaną nasionami. Spieczoną, o grubej, mocno chrupiącej skórce (głównie skórka zresztą była) i udało mi się chyba nie złamać zęba. Dwójkę złamałam na kasztanie, bo się okazał mocno suszony.
    Też nie ma.
    Twardej szczoteczki w trzech sklepach (Tesco, Supervalue, drogieria) też nie ma.
    Owoce są fajne w bałkańskim sklepie z polskimi produktami Samo Dobro. Musze tam z plecakiem albo wielką torbą się wybrać, bo lepsze zaopatrzenie niż w Polonezie. I bliżej pracy, nie na drugim końcu centrum. Centrumu.Centrusia. Bo o Duplinie mowa.
    Ciasta francuskiego w płatach szukam od dwóch lat bezowocnie, nawet nie słyszeli; mniejsza o reklamy w TV, które mnie natchnęły.
    Bułki są w Lidlu. 20 minut szybkiego marszu w jedną stronę. Moja przerwa ma 60 minut, a po zmroku ja tam sama nie pójdę. OBOK Lidla jest w miarę porządny rzeźnik. Tzn. Mięso nie jest solone ani nie śmierdzi abaranem jak z rzeźnika z Lucan, wycieka z niego mniej wody niż z Polonezowego i jest świeższe oraz można kupić na wagę karczek, szynkę, łopatkę, schab w jednym kawałku. Wędlina też znośna.
    Dobra wędlina jest w Leixlip, tylko że to w drugą stronę, w niedziele nieczynne.
    W latach siedemdziesiątych był jeden kryzys, ale w domu poniewierały się banany, których nie chciałam, i rozmaite czekolady. Wierzę na słowo, słabo pamiętam akurat to; pamiętam jak pochłonęłam 40 pierogów z mięsem w babcinej kuchni jako bodaj 4-latka. Serio. Też nie wiem jak, bo dziś dziesięć to obżarstwo! ;)
    Teraz też są: banany, pomarańcze, mandarynki i jabłka. Śliwek i winogron już trzeba szukać, truskawki i różne jagody, pożeczki – to czysty luksus. Od € 2 za 10 borówek. Amerykańskich.

    Jestem rozpuszczona. Powinnam być wdzięczna, że stać mnie na chleb, na bułki, szynkę, zamiast narzekać.
    Ale ja naporawdę mam już dość życia w tym dobrobycie, gdzie wszystko jest tylko tak daleko, że zakupy trwają cały dzień, a wysiłek ani cena nijak się nie chcą przełożyć na jakość – szynka szynce nierówna, kajzerka kajzerce również nie. A że dobrobyt, to transport publiczny jest byle jaki, bo przecież wszyscy samochodami się rozbijają. Oprócz nas.

    Muszę czasem sobie przypominać, w imię czego cierpię takie zwykłe drobne zakupy (nie do końca to po polsku, ale oddaje treść). (Właściwie całkiem po polsku i gramatycznie, bo skoro można katusze, to zakupy też, zwłaszcza w Eire). Połowic też już wie, jak wygląda normalny sklep a nie atrapa niczym z "Misia".

    Chociaż ta szynka, która nazywa się MIĘSNA, bardzo dobra jest.
    Ciekawe z czego jest zrobiona szynka babuni. O kurcze, głupie pytanie z czego! Raczej... z KOGO!
    (- Babciu, a czemu ty masz takie wielkie oczy? - Bo rzeźnika widziałam...)

    Komentuj (1)

    Niestrawnosc egzystencjalna 07 listopada 2012, 16:09

    Z cyklu: malkontenctwo

    Posiadam.

    Slonce wcieno, a rosyjski balet jest albo 22 grudnia, albo to Bolszoj i jest za drogi. € 100 za miejsce, skad widac. Wole plakac, ze za drogi, naprawde.

    I w ogole.

    Reszta jest milczeniem.

    Komentuj (0)

    Prawo państwa 07 listopada 2012, 21:57

    Z cyklu: koticzka pisze

    Tak sobie czytam, analizuję, rozmyślam, TV obejrzę, popatrzę, jak się ludzie usiłują pozabijać w Grecji.
    I tak sobie myślę, kiedy mnie czarna rozpacz i zwątpienie w rodzaj ludzki ogarnia, co to w końcu jest państwo. Co to jest samorząd lokalny. Po co, dla kogo, co ma robić.
    No bo przecież państwo to my. Jest już w końcu demokracja. Jaka jest, taka jest, ale wybierany rząd ma reprezentować mnie, o ile miałam szczęście załapać się na większość, którą on reprezentuje.
    Bo jeśli jeszcze w mniejszości jestem i protestuję, to można zrozumieć, ale na przykładzie Grecji - przecież ja im płacę (Grekom może niekoniecznie, ale lokalnym, owszem, jak najbardziej). No i fajnie - ja rozumiem, że ktoś się zapożyczył na moje konto - pośrednio przez podatki - i teraz muszę spłacać (poprzez owe podatki, aczkolwiek nie tylko). Zakładam, że podatki idą w równej mierze na wszystko. tak dla uproszczenia: trochę na drogi, trochę na edukację, trochę na policję itd. Ja się zgadzam na te podatki, płacę grzecznie, oczekuję (i dupa, usługa nie dostarczona, ale niech już będzie, że nie wszystko się uda sfinansować). Ale jeśli jest ten wielki dług i pomoc z zagranicy - to tym bardziej wypadałoby spłacić. A jeśli nagle cały naród się nie zgadza, bo ktoś gdzieś przesadził - i załóżmy, że w końcu na łapówki mneij lub bardziej legalne poszła MNIEJSZOŚĆ tych kwot, i już mniejsza o resztę - ale załóżmy przez złe zarządzanie się spieprzyło wszystko, a przecież niekoniecznie to złe zarządzanie musiało być w tym konkretnym państwie (np. Irlandię pociągnęły na dno usługi finansowe w skali międzynarodowej). No i przepultane są teraz te masy, ciężarówki pieniędzy, ale dług jest. Ktoś je wyłożył. Poprzez podatki również. Np. kolega Słowak czy też Pierre, Richie, Natalia Wasiljewna, którzy pracują piętro niżej.
    (oczywiście nie, bo piętro niżej nie ma personelu pracującego. Tam się pali hasz. I uprawia seks służbowy. I inne takie.)
    Więc wypadałoby oddać, prawda? Bo jak się nie odda, to Pierre będzie musiał w jeepa inwestować, żeby do pracy przejechać drogą gminną. Szkoda Pierre'a.
    Ale Apollo czy inny Zorba się ma prawo nie zgodzić... No właśnie.
    Ma prawo czy nie?
    I jaka cena jest jeszcze akceptowalna?
    I co jeśli w państwie dłużniku ludzie założą maski V for Vendetta i zakrzykną NIE?

    Bo cały kryzys, mimo wszystko, stał się przecież w pełnym obliczu i świetle prawa, za wielopokoleniowym i prawdę mówiąc ogólnym przyzwoleniem i wszyscy byli szczęśliwi.
    A na pewno więcej osób niż obecnie.

    Zatem, reasumując. W okropnym, prymitywnym uproszczeniu to wszystko (i tak juz uproszczone) Państwo się zapożyczyło międzynarodowo. Obywatele mówią: NIE.
    I co teraz?

    Bywało już nieraz w historii, nie tak dawno nawet - Argentyna np. I dawniej bywało też. Co mi przypomina, że neonaziści się w Niemczech zbroją. Mimo że tym razem Niemcy to kraina mlekiem i miodem płynąca, a w Grecji nie mają nie tylko na lekarstwa, ale i na chleb.
    Cóż - pomyślała koticzka, sięgając po kawałek białej czekolady z całymi orzechami Alpengold importowanej z Polszczy, zakupionej w sklepie prowadzonym przez obywatela jendego z krajów bałkańskich w Republice Irlandzkiej - skoro nie ma chleba, niech jedzą ciastka. Wszak i koticzka to robi nie mając bułek.
    Ciekawe, kto to naprawdę powiedział, bo Maria Antonina nie.

    Komentuj (0)


Szablon: koticzka (stopniowo)


HOSTING: ageno.pl