Toksyczny poniedziałek

by koticzka

Weekend pozytywny, domowy, ciepły, rozkosznie nudny, kulinarny (bigos i „schabowe mieszki jarzynowe” – do poprawki;). W sobotę bez większych emocji mija łama wystawy z przecenami i nowościami, nie skusił mnie żaden sweterek ani torba w przyzwoitej cenie, nie chciało mi się, nudziło mnie.

Poniedziałkowy poranek. Żądza zakupów. Kuszą sekcje mody w njusach, kolorowe obrazki z kieckami, wystawa przypadkiem zoczona z tramwaju nie opuszcza moich myśli i ta brązowa, tania (boś to Pennys czyli Primark) sukienka, pewnie tandetna. I nie wiem, czy potrafię sobie odmówić. Raczej odmówię sobie zakupów spożywczych niż tej brązowej, taniej, tandetnej szmaty, która nawet nie pasuje tak do końca do mojego stylu.

Moja praca jest toksyczna i kosztotwórcza, jak widać.

Powinnam dostać specjalny dodatek, doprawdy. Od razu pobiegłabym go wydać.

Ponadto – weekend był nad wyraz twórczy i owocny: zabezpieczyłam resztkę starego blogu (na razie word, żeby zachować linki) – jeszcze czekją mnei komentarze; wszyte rękawy do – teraz już KURTKI Połowica oraz wiem, co było nie tak w mojej historii i wreszcie z nią ruszę – tak około 1/3 do wywalenia – hahaha. Od początku czułam, że coś nie tak, ale nie wiedziałąm do końca co, a raczej JAK.

Który to już rok ona mi się kłębi... I nawet nie mogę z tego zrobić ani jednego odcienia! Hłehłehłe. Może i lepiej dla literatury. Nobla za to i tak bym nie dostała, a poczytać będzie ją można za darmo, jeśli kiedyś wreszcie skończę!