W imię zasad

by koticzka

Poszłam po pieczywo. Bułkę kajzerkę chciałam. Albo bagietkową małą.
Nie ma. Są teraz inne, duże, bardziej nadmuchane (więcej efektu i skórki, mniej pieczywa). W 3 czy 4 różnych kształtach. Kupiłam dziwną, ciemną, posypaną nasionami. Spieczoną, o grubej, mocno chrupiącej skórce (głównie skórka zresztą była) i udało mi się chyba nie złamać zęba. Dwójkę złamałam na kasztanie, bo się okazał mocno suszony.
Też nie ma.
Twardej szczoteczki w trzech sklepach (Tesco, Supervalue, drogieria) też nie ma.
Owoce są fajne w bałkańskim sklepie z polskimi produktami Samo Dobro. Musze tam z plecakiem albo wielką torbą się wybrać, bo lepsze zaopatrzenie niż w Polonezie. I bliżej pracy, nie na drugim końcu centrum. Centrumu.Centrusia. Bo o Duplinie mowa.
Ciasta francuskiego w płatach szukam od dwóch lat bezowocnie, nawet nie słyszeli; mniejsza o reklamy w TV, które mnie natchnęły.
Bułki są w Lidlu. 20 minut szybkiego marszu w jedną stronę. Moja przerwa ma 60 minut, a po zmroku ja tam sama nie pójdę. OBOK Lidla jest w miarę porządny rzeźnik. Tzn. Mięso nie jest solone ani nie śmierdzi abaranem jak z rzeźnika z Lucan, wycieka z niego mniej wody niż z Polonezowego i jest świeższe oraz można kupić na wagę karczek, szynkę, łopatkę, schab w jednym kawałku. Wędlina też znośna.
Dobra wędlina jest w Leixlip, tylko że to w drugą stronę, w niedziele nieczynne.
W latach siedemdziesiątych był jeden kryzys, ale w domu poniewierały się banany, których nie chciałam, i rozmaite czekolady. Wierzę na słowo, słabo pamiętam akurat to; pamiętam jak pochłonęłam 40 pierogów z mięsem w babcinej kuchni jako bodaj 4-latka. Serio. Też nie wiem jak, bo dziś dziesięć to obżarstwo! ;)
Teraz też są: banany, pomarańcze, mandarynki i jabłka. Śliwek i winogron już trzeba szukać, truskawki i różne jagody, pożeczki – to czysty luksus. Od € 2 za 10 borówek. Amerykańskich.

Jestem rozpuszczona. Powinnam być wdzięczna, że stać mnie na chleb, na bułki, szynkę, zamiast narzekać.
Ale ja naporawdę mam już dość życia w tym dobrobycie, gdzie wszystko jest tylko tak daleko, że zakupy trwają cały dzień, a wysiłek ani cena nijak się nie chcą przełożyć na jakość – szynka szynce nierówna, kajzerka kajzerce również nie. A że dobrobyt, to transport publiczny jest byle jaki, bo przecież wszyscy samochodami się rozbijają. Oprócz nas.

Muszę czasem sobie przypominać, w imię czego cierpię takie zwykłe drobne zakupy (nie do końca to po polsku, ale oddaje treść). (Właściwie całkiem po polsku i gramatycznie, bo skoro można katusze, to zakupy też, zwłaszcza w Eire). Połowic też już wie, jak wygląda normalny sklep a nie atrapa niczym z "Misia".

Chociaż ta szynka, która nazywa się MIĘSNA, bardzo dobra jest.
Ciekawe z czego jest zrobiona szynka babuni. O kurcze, głupie pytanie z czego! Raczej... z KOGO!
(- Babciu, a czemu ty masz takie wielkie oczy? - Bo rzeźnika widziałam...)

Adrianka 07.11.2012, 14:30

szynka mięsna :-D