Drobne radości i małe katastrofy

by koticzka

Właściwie to małe tragedie - zamykają naszą przedostatnią enklawę - litewską kafejkę pod szyldem Ul. Marszałkowskiej w celu przenisienia daleko i nie po drodze oraz bankomat zeżarł mi kartę i lekko jestem niespokojna i wkurzona, ale cóż. Bez karty ni huhu, bo nawet przelew do kogoś nowego nie jest możliwy - bo trzeba mieć kartę i wcisnąć ją w małe urządzonko generujące unikatowe kody. Chyba mogę dokonywać transferów na te konta, które już mam w systemie, się okaże wkrótce.
Weekend byłby miły, bo zakupnęliśmy ździebko oraz przewietrzyliśmy w Dun Laoghaire na promonadzie. Bardzo dokładnie przewietrzyliśmy się łącznie ze szpikiem kości chyba, bo ja jeszcze dziś mam wrażenie, że mi wieje. A to tylko klima, porównywalnie zimna (sarkazm).
Idę po kawę zanim rzucę się w wir pracy, żeby nie myśleć o tych wszystkich przyjemnościach.

Taki normlany codzienny wkurz.
Poza tym dlaczego - po tym jak się tak ładnie ubrałam - wrzuciłam na grzbiet lumpowaty sweter i wybrałam najgorsze zmożliwych buciory, w wyniku czego wyglądam jak lump?