Chcemy być sobą, chcemy być sobą wreszcie...

by koticzka

...taka piosenka była.

Jestem sobą, ale inni chcą mnie zmienić na lepsze. A ja chwilowo jestem zadowolona z mojej jakości i nie uważam, żeby konieczne były jakieś poprawki. Ani w wyglądzie, ani w zachowaniu (grzeczna jestem na ogół, a przynajmniej ostatnio), uważam, że mi wykształcenia i doświadczenia na chwilę wystarczy (daj, Merlinie....), nie mówię, że już nigdy się nie będę szkolić! Ale na razie nie chcę.

Mam swoje gusta i guściki, wolę polskie żarcie niż tutejsze i nie smakuje mi od ajriszowego rzeźnika, bo mi śmierdzi. Może dlatego, że nie ma antybiotyku albo ma mniej. I innych ulepszaczy. A polskie ma – i traci posmak. I dobrze. Nie zamierzam kosztować jagnięciny, bo dla mnie to JEST różnica, że świnka ubita jest dorosła, a taki cielaczek czy baranek nie jest. Nawet chciałabym zostać wegetarianką, ale mam bardzo silne zapotrzebowanie na zwierzęce białko. No tak, i smakuje mi. I skórę i futerka też doceniam, bo się przekonałam, że sztuczne nie jest tak dobre, niestety. Jestem samolubnym barbarzyńcą, który nie chce iść zrobić badań krwi na wszelki wypadek, bo nie czuję takiej potrzeby.

Nie chce mi się iść do dentysty, bo mnie zęby nie bolą. Nie wstrzyknę sobie botoxu, bo uważam, ze dość jest na świecie plastikowych lal. Nie chcę kolejnego fakultetu, (czy mi sztarczom, po czo kolejny), szkolenia i jakichś irracjonalnych irlandzkich punktów. Mogłabym się przejść na szkolenie dla dorosłych, gdzie nie trzeba na siłę udowadniać, że opanowało się kawalek wiedzy, który KTOŚ OBCY uznał za potrzebny dla mnie, bo mam pewien niedosyt wiedzy w określonych strefach.

Mam swoją malutką niszę i domagam sie moich nieodwołalnych praw w jej ramach, w tym prawo do nie bycia popychaną i nadeptywaną – oferuję czasowe dobrowolne udostępnienie niszy w ramach zaistniałej potrzeby na zasadach ogólnie pojętej uprzejmości ludzkiej – ale domagam się zwrotu w stanie, w jakim została udostępniona.

Jest mi w sensie ogólnym dobrze w tej niszy, w miejscu, w którym jestem i z tymi, ludźmi, których zaakceptowałam, przyjęłam w mój krąg, w tym zwłaszcza przyjaciele, bliscy, rodzina (porządek taki - bo brzmi ładnie). Są jacy są, domagam się pewnej dozy tolerancji.

Lubię PC, nie podziwiam apple’a (może za wygląd czasami, ale lap topy potrafią być jeszcze ładniejsze!), podoba mi się pomarańczowy i chętnie nakleiłabym sobie coś tandetnego na lap top, a zostawiła folię ochronną.

Jest mi zimno poniżej 21 C – zawsze było – i nie uważam, żeby to było coś złego. Jak innym nadmierne ciepło przeszkadza, to się doubieram, chociaż niekoniecznie czuję, że muszę z tej racji siedzieć w temperaturach około zera absolutnego.

Mam alergię na jakieś coś, ale w chwili obecnej nie kicham, więc czemu mam się przejmować.

Moje kolorowe rajstopy nikomu krzywdy nie robią (poza środowiskiem), więc dlaczego nie nosić.

Wolę na śniadanie słodką drożdżówkę i służy mi ona do popołudnia, kiedy zasadniczo powinnam jeść obiad, nie znoszę sztucznych witamin, zwłaszcza do picia, i uważam, ze żarcie zrobione w domu, zwłaszcza, że polskie, jest zdrowsze. Czekolada ma swoje wartości, masło też i zamierzam je nadal jeść, nawet jeśli mi je na siłę posolą.

Polska szynka lepsza jest i basta, a ta ze sklepu w Leixlip zawiera ponoć 90% mięsa i dopóki mi tego ktoś nie udowodni powołując się na jakieś w miarę wiarygodne badania (oficjalne, instytucjonalne najchętniej), będę wierzyć, że lepsza jest od sklepowej irlandzkiej.

I będę siedzieć i marznąć, jak zwykłam od tych czterech dekad, zamiast marnować czas i pieniądze na lekarzy, którzy powtórzą, że mam niskie ciśnienie i takie sobie krążenie.

W soboty i niedziele będę starała się odsypiać, bo od czterech dekad to późny wieczór i noc są dla mnie najlepszą porą, wtedy mam najciekawsze pomysły i największą ochotę coś robić, a rano jestem flak. Ktoś wstaje rano, to niech leje jak z cebra, jak mawia staropolskie przysłowie (ten to przytoczony kawał sobie można spróbować wygooglać – pewnie z Jasiem Masztalskim będzie), ale nie trzeba mnie od razu wtedy budzić, jeśli nie zachodiz taka konieczność. Wolonatrystycznie moge wstać czasem na potrzeby wycieczki, ale nie znaczy, że musi mi to wejść w tę leniwie płynącą krew, prawda?

Poza głównym wątkiem: Jestem osobą, która do myśli logicznie i na takież argumenty jestem podatna; wbrew pozorom daję się przekonać, czasem próbuję. Argumenty mało logiczne lub naruszające wolny wybór odrzucam. Ustąpię czasem przed siłą, ale mam zasady i staję w ich obronie – jedną z nich jest to, ze inni powinni mieć prawa nie mniejsze niż moje, niektórzy większe z różych przyczyn (w tym np. niższa sprawność). Ale jeśli ja mogę coś zrobić, to ktoś inny zasadniczo też powinien być w stanie, o ile nie jest w mniej uporzywilejowanej sytuacji.

Już chyba nie mam ambicji zmieniać świat na lepszy, za to bardzo chciałabym zminimalizować mój negatywny wpływ nań.

Sobie jestem, trochę pomocna, trochę staroświecka, trochę nudna, z odciskami, zezem i nie-sportową, ale nie taką znów złą pupą, z wielkimi uszami – znakiem markowym i dumą rodziny po mieczu (pewnie i tak nie każdy przodek tak myślał!); staram się nie wadzić nikomu (w praktyce oczywiście to abstrakcja).

I dobrze mi z tym, zwłaszcza że kiedyś każdy ideał przestaje być perfekcyjny, a wiele sięga wręcz bruku. A ja już mam doświadczenie, jak to jest idealnym nie być i sobie z tym radzić. A ideały, zwłaszcza te, które się na ideały tak ciężko musiały lansować, niech się uczą. Dobrze mi z taką, jaka jestem, z tym balastem przyzwyczajeń i upodobań, bo one mnie tworzą, razem z ziębnięciem, późnym wstawaniem i upodobaniem do jałowego żarcia i domowego chleba wypiekanego samodzielnie nocą (tak na marginesie to dopiero frajda, niefajne jest tylko wstwanie rano potem, porównać by właściwie można do kaca).

Wkurza tylko, że muszę ciągle bronić tej siebie i to w tak totalnie nieingerencyjnych punktach.



Więc w tych rejonach, gdzie to nie koliduje z niczyim interesem, drodzy ulepszacze, odpierdziulta wy się wszyscy ode mnie,a wszyscy będziemy szczęśliwsi, radośniejsi i mniej zestresowani.



I - tak, zgadza się, nie podoba mi się tutaj i chcę wracać, tylko ryzyko z tym związane uważam za trudne do zaakceptowania w obecnych okolicznościach przyrody i gospodarki, bo to już JEST ingerencyjne dość daleko poza moje wyalienowane z rozentuzjazmowanego tłumu jestestwo.