Ćwiczenie na rozciągliwość ("pióra")

by koticzka

Czas na małą historyjkę.
Miasto wysysa ze mnie pomysły niczym Dementor. Ale zachód jest taki piękny – przestrzeń, przytulna przestrzeń między niebem i ziemią, jakby nigdy nie istniała cywilizacja, tłum, chaos i zgiełk.
Kolory. Nie ma szarości spalin i monotonii. Trawa we wszystkich odcieniach jesiennej tęczy z brokatem wrzosów i szafirowego nieb odbitego w filuternej wodzie, ukrywającej się między kępami, podglądającej psotnie przybyszów. Obcych. Ale łatwo byłoby się zintegrować; pobrudzić, połamać paznokcie, rozczochrać ulizane włosy. I przepychać i przeciągać kamienie z matką ziemią.
A potem zmęczyć się i marzyć o ucieczce do miasta?...
Może nie jestem tak do końca wieśniaczką, człowiekiem roli. Nie jestem też tak naprawdę mieszczanką. Jestem pełną gębą prowincjuszka i do mojej prowincji tęsknię. Tam jest dobrze.
Byłbyż to zaledwie piątek i wpływ dość intensywnego tygodnia?

Trzy kubeczki u Disneya, hłe, hłe. Syndrom naszych czasów. Poniekąd Irlandii, gdzie hazard już dzieci mają we krwi.

I co to jest, do diabła, ten instagram?


Zamiast koticzka pisze powinno być chyba koticzka wyklepuje. Jest wypisuje, wygaduje, to wyklepuje też powinno być, bo w klawiaturę się klepie.