Okruchy dnia

by koticzka

Weekend niepozytywny, wymazany z wyszukiwarki (por. klopoty Google'a oraz oskarzenia o manipulacje algorytmem - jesli wola).
W sobote wybralismy sie na zakupy z rodzina (bardzo milo z ich strony), tyle ze do Lidla i tyle ze nie do Leixlip, jak myslalam. Przegapilam, ze to jest wlasnie TO centrum handlowe z nowym Polonezem - Polonez sliczniutki, czysciutki, pieknie zaopatrzony. Przeplacilismy niestety za mase niepotrzebnych Lidlowych smieci, niewiele kupujac, bo profil sklepu nie do konca "moj".

Wlasciwie czemu nie wlaczyc na chwile polskiej czcionki?

Wolę mięcho na wagę, a nie pakowane i poszatkowane uprzejmie, warzywa i owoce troszkę w Lidlu inne niż kupuje tzw. przeciętna konserwatywna polska gospodyni, przewaga pół-gotowych dań, które wyklęłam z naszej kuchni. Za to rzuciłam się na głupie słodycze Haloweenowe, które zresztą były głównym pretekstem wycieczki.
Efekt taki, że wydaliśmy masywną kwotę na niepotrzebne rzeczy (w pełnej świadomości ulegając trikom sprzedaży detalicznej łącznie z zapachem chleba przy wejściu, banał; na szczęście bułki były na liście i tak). Natomiast nie mamy właściwie atrakcyjnego mięcha na dzisiejszy obiad. Połowic jeszcze w nienajlepszej formie po 4ch dniach ścisłego postu (tosty i przegotowany seven up; powoli wprowadzaliśmy urozmaicenie), więc gotować mu się też nie chce, zwłaszcza, że nic ciekawego nie ma.
W związku z Połowicowym rota czy norowirusem nie zaplanowaliśmy nic na weekend poza kinem.
Do którego się nie wybraliśmy po zmianie wody w akwarium, bo Połowic o 16 PM czasu lokalnego stwierdził, że za późno. Dobrze, prosze bardzo, ja zawsze mam sporo do zrobienia. Np. pranie zaległe. Za które się zabrałam. Włączając mniej więcej w porze niedzielnego obiadu.
A były schabowe.
W bułce twarej, normalnej takiej.
Na gorące życzenie Połowica, który po wirusku żołądkowym spragniony jest normalności w kwestii odżywiania.
po której umyłam talerz w naszym zlewie.
I po którym to umyciu woda nie chciała zejść.
Mimo, że wszystkie obierki grzecznie powybierałam, bo raz go zapchałam i Połowic musiał naonczas trochę porozkręcać.
Ale się zwykle przepycha, bo ruła*) jest odprowadzona na zewnątrz, wylot nad kratką ściekową, więc widać, kiedy wodę odkręcamy. Irlandia, nie?

Zwłaszcza się przepycha, jak pralka popchnie.
Ale tym razem się nie chciało przepchać.
Zamiast tego zrobiła się mała fontanna. Na szczęście woda nie trysnęła w górę.

Z obawy o pranie nie przerwałam prania, tylko inteligentnie wybierałam ścieki ze zlewu garnkiem do miski, do wiadra, do miski, do wiadra.
Cały czas mając nadzieję, że wreszcie pójdzie.
Poszło. Przy ostatnim płukaniu.
Coś się porobiło, nie wiem którędy, ale woda poszła sobie gdzieś koło tego garnka, miski, wiadra i ruł*).
Poszła sobie do szafki pod zlewem, która jest głównym składem makaronów i kasz - kuchnia irlandzka, nieustawna (chyba nieułożna, bo postawić to już tylko szklankę na tym samotnym, pojedynczym blacie) i ciasna, więc praktycznie innej szafki nie ma i nie bardzo jest gdzie być. Zalało kasze, trochę makaronów, na szczęście nie dotarło do mąk i nie zalało grzybów suszonych polskich, rodzimych przez aniu46 skrupulatnie zbieranych, bo też w szklanych słojach je trzymam, żeby ich wilgoć nie żarła.

Ja walczę z garnkiem i wodą, Szwagier z miską lata, ręce mu się trzęsą, a Połowic usiadł na kanapie i zabrał sie za czekoladowy batonik. I to też nie pierwszy (i nie ostatni tego dnia).
Którego, jak się potem okazało, i tak nie lubił.
Chryste, znaczy, cierpliwości.
Aż tu nagle łup, bęc! Bul-bul-bul! POSZŁO! Zlew się przepchał. Przy ostatnim płukaniu.
Zawartość szafki uratowana, za to obok pralki, która w kuchni stoi i która miała ów zlew przepchać, pojawia się kałuża.
Szczęśliwie tylko malutka była i to z tego dolnego zbiorniczka na zagubione guziki i wcięte skarpetki, który od czasu do czasu trzeba przeczyścić.
Zatem czyścimy zbiorniczek, powoli. stopniowo odkręcamy, upuszczając wody i szybko wycierając, bo bydlę jest tak nisko, że niżej już tylko piekło, tuż ponad naszą kuchenną podłogą zresztą. I nagle stop, odkręcić się dalej nie da. Coś blokuje. Po półgodzinnych manipulacjach, biciu niewinnej pralki, ofiary przemocy domowej, by to coś w środku przeskoczyło, udało mi się jakoś przerzucić te blokujące od środka... dwie monety jednocentowe.
Wielkości jednego grosza, jeśli ktoś nigdy tego drobiazgu dojrzeć nie zdołał.

Opieprze były dwa: za nieharcerską i antyspołęczną postawę oraz za niewłaściwe podejście do odżywiania i diety. Nie tylko w świetle pobolewającego z letka*) ciągle żołądka, ale też ogólnych obaw Połowica o jego stan zdrowia, żołądka, cukru we krwi (zwłaszcza w znaczeniu długoterminowym) itd. Ze skruchy i nerwów Połowic dostał refluksu, jak zwykle, potem ja dostałam wyrzutów, bynajmniej nie po mordzie, poczym Połowic dostał zwyczajowej herbaty (z mlekiem, w końcu Irlandia, nie?), która jest świetnym panaceum w jego przypadku, a potem ja dostałam ataku bezsenności.
Na koniec dnia, przed barłogiem, w ramach sprzątania po całym dniu, Połowic grzecznie również posprzątał wywar, który z namaszczeniem przygotowałam na zupę jarzynową na dzień następny w ramach braku koncepcji prostego i zdrowego obiadu na zestresowany Połowicowy żołądek i który uchroniłam przed wszystkimi nieszczęściami i wypadkami w tym przed Szwagrem, który w ramach pomocy (jak Szwagra nie lubię jako współmieszkańca, tak przyznaję, że facet się stara i serce ma na miejscu, rozsądek tak jakby dużo mniej) często sprząta mi takie przygotowane rzeczy.

Po bracie tak ma pewnie. Tak na marginesie, chyba mi w ten sposób sprzątnął trzy ściereczki, które rzuciłam w kąt do prania, bo je też zmoczyło. Takie bawełniane i lniane, nie papierowe. Takie, które ze mną trzy przeprowadzki przeżyły, a jedna z Włoch od bratowej. Takie z dziurami, bo je na siłę na haczyku powiesił, niczym Janosika za ziobro (ziobro z małej, nie za ZiobrĘ! Nie wiem, co Janosik właściwie miałby z Ziobą mieć wspónego, ale to nie miejsce i pora na TAKIE dywagacje, może kiedy indziej, a może raczej nigdy).
Do w pół do czwartej nad ranem głaskałam kota, który się wcisnął między nas. Nie tak długo, bo do barłogu, którego nie zmieniliśmy w wyniku wszystkich owych wydarzeń, jak planowaliśmy, zlegliśmy około 2 w nocy.

Inaczej ja sobie niedzielne popołudnie i wieczór wyobrażałam. Niemal z tkliwością witam poniedziałek. Połowic chyba też.

Teraz dostaję szału, bo chcę cofnąć czas, słowa, wydarzenia. Właściwie jedno tylko wydarzenie: chcę te *%$!@# okruszki po schabowych wywalić do kosza, nie spłukiwać.
A do Lidla chyba nawet podchodzić nie będę. Profilaktycznie.

*) zamierzone; w przyszłości będę rzadziej wyjaśniać.

www.najada.mylog.pl 23.10.2012, 15:05

fajnie, że polska czcionka włączona:)
'przegotowany Seven Up' :o
PS. Przeczytałam sobie "Naivety", a teraz jestem w trakcie "Great expectations". Póki co, nie podoba mi się... khem.. kwestia żony..;] Ale za to - bardzo - opis rozpoczęcia służby.