Panienka Ewelinka i inne zwierzątka

by koticzka

Skończyły się. Fajnie było.
Mniej spotkań, ale gatunkowo cięższe w pozytywnym znaczeniu - właśnie, bardziej ZNACZĄCE (nie mylić z ważniejsze, bo to byłaby poważna nadinterpretacja), wypełnione rozmowami o sprawach, które mi łażą po głowie od dłuższego czasu, a jakoś od wielu już lat nie było z kim. Takie sprawy na nocne Polaków rozmowy z pół litry - ale one wszystkie na trzeźwo, serdecznie, otwarcie. I z osobami, z którymi się po 100 lat nie widziałam. To nadaje tym wydarzeniom owo szczególne znaczenie, to dlatego są one zaskakujące, że zmieniło się tak wiele, nieomal wszystko, a nie zmieniło się nic. No dobrze, tego się nie da opisać, tego trzeba DOZNAĆ - wyjechać na sto lat, stracić kontakt, spotkać się znowu i ucieszyć. Jak u Osieckiej... cholibka, za oknem szaro to mnie się robi gnuśnie. A w PL mi się nie robiło. Bez dalszych komentarzy.
Jak zwykle, nie ze wszystkimi się udało spotkać i znowu będą mi uszy nacierać, mam przewrotną bynajmniej nie masochistyczną nadzieję.
Poza tym było jeszcze bardziej rodzinie niż zwykle, tak wyszło i z tym mi było bardzo, bardzo dobrze, więc naprawdę, nie mogę narzekać!

I na powyższych pozytywach musze się bardzo mocno koncentrować, bo jeszcze dobrze nie dojechałam, a już mnie kopnęły irlandzkie absurdy. Przez ostatnie niecałe nawet 24 godziny naklęłam się więcej niż przez ostatnie trzy wakacyjne tygodnie.

Drobiażdżki - zmiana promu przez eurolines mimo wyraźniego zaznaczenia na bilecie, że będzie Ulissess. Oczywiście, że zastrzegają sobie róże rzeczy, ale podstawy do takiej zmiany nie było, i to złości. Ale aura (oraz wszyscy bogowie Ankh-Morpork i nie tylko) nam sprzyjała - do Holyhead prom dobijał jeszcze po wzburzonym morzu, a nas do duplina wiózł już po gładkim. Za to brawo dla świetnego i bardzo uprzejmego rosyjskiego kierowcy.

Z nieco wcześniejszych wydarzeń - Sindbad się rehabilitował, zapewne po moich ostentacyjnych narzekaniach na jakość i pilotkę panienki Ewelinkę bez wyobraźni, która bus piętrowy wypełniony ludźmi zatrzymał na 10-minutowy postój na stacji bez toalety, a busowa (wolę już pociągową....) okazała się niesprawna - bez wody, papieru i mydła. Masakra. Podobno potem naprawili, ale wolałam organizm zarazić na chorobę niż ponownie korzystać z tego ustrojstwa. Fuj. W dordze powortnej albatrosowy bus z pilotem Sebastianem miał ciekawszą trasę, a i mnie już toaleta nie nurtowała tak bardzo - ale muszę donieść, że pan Sebastian był bardzo uprzejmy, pomocny i oferował herbatkę kilkakrotnie (profilaktycznie ograniczyłam jednakowoż ilość przyswajanych płynów). Ewelince się nie chciało. Była zbyt zajęta głośnym i niewybrednym krytykowaniem kierowców i pracowników naszej ulubionej Polonii, których proponowała zwolnić. Panienki Ewelinki nie rekomendujemy nawet do czyszczenia toalet, mogłaby nie podołać, w końcu to nie ona naprawiła wodę w busowym kiblu. Siedzieć i wyglądać też nie potrafi, bo pyskuje zanadto i za grzeczna też nie jest. Takim osobom do kontaktu z klientem mówimy stanowcze nie. Proponujemy je dobijać stopniowo, ale skutecznie uprzejmymi pytaniami w stylu - "A dlaczego w ubikacji nie leci wodaaaa?". Oczywiście po skorzystaniu, kiedy trzeba będzie jadnakowoż COŚ Z TYM ZROBIĆ.
Jak ważna jest kwestia toalety doceni KAŻDY, komy się chociaż raz chciało mocno siku, a nie było możliwości, a jak były, to dramatyczne. Nie wspominając o tym, że panom generalnie łatwiej oraz że problem narasta, kiedy to nie 3 godziny, ale około 24-ech oraz kiedy się siedzi bezpośrednio nad niedomykającą się i przepełnioną, z którą raz (albo i nie raz...) panowie z Polonii musieli się uporać - i dokonali cudów. W odróżnieniu od panienki Ewelinki.

Chciałabym zapomnieć i darować, ale takie doświadczenia naprawdę uczą na całe życie, żeby przed podróżą do Krakowa, która planowo ma trwać 2h 20', iść się wysikać i to dokładnie i nie pić. Oraz nie stosować chusteczek mentolowych w przypadku braku papieru toaletowego.

Pozwolę sobie jeszcze wspomnieć o tym, że nadal będę się trzymać wersji, że sytuacja, kiedy autobus ma dokonać zmiany kierowcy w trasie, jakieś 5 przystanków przed końcem, a tego kierowcy nie ma, i nie ma, i nie ma, i nadal nie ma, a ja na piechotę docieram 3 przystanki dalej, a busa nie ma nadal, to nie są normalne. Albo że jest pięć linii busowych, a bus jeździ raz na pół godziny - wtedy przyjeżdżają wszystkie naraz. I za to kasuje się blisko €3 od łebka, czasem i więcej, zależnie od trasy, co stanowi bodaj najwyższą stawkę w Europie (całej, nie tylko UMOWNEJ).
I zasadniczo z pasażerów nie zaprotestuje nikt, a moja irlandzka koleżanka przyjmuje postawę uprzejmą i tolerancyjną sięgającą wręcz po komforizm. Lubię dziewczynę, ale wybór roweru powinien być jedną z możliwości, a nie jedynym logicznym i skutecznym sposobem przemieszczania się po STOLYCY, na rany, poza tym do dyskryminacja.
Nie wystarczy, że musże znó nauczyć latać, a oni straszą ściaganiem butów, eliminacją płynów i ostrych przedmiotów itd.?